Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

 

Przedostatnie wiadomości, czyli różne komentarze 
czyli "taka sobie" fizykonowa pisanina

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka

Dział komentarzy i recenzji

Recenzje wydawnicze

Słowa kluczowe - Wiesław Babik

Filozofia (w) fizyce - Jarosław Kukowski

Epistemologia - Jan Woleński

Komentarze o szkole i edukacji

Komentarze związane z etyką i psychylogią

Komentarze polityczne 

Komentarze o mediach  

 

Filozofia
Dłuższe opracowanie

O pojęciu prawdy

Fundamentalizm i libertynizm

Mrzonki ateizmu

Opowiastki filozofujące

Krótkie myśli

Komentarze

O myśleniu twórczym

Liryka
Liryka fizyka

 

Droga życia

Przestrzeń

 

Blogi różne

Dlaczego wolne oprogramowanie...

Komentarze związane z etyką i psychologią

Komentarze o szkole i edukacji

 

Kryzys szkoły - a może po prostu schyłek tej instytucji?...

Badania socjologów dotyczące polskiej szkoły nie napawają optymizmem. Większość uczniów nie lubi swoich szkół. Chodzą do nich, bo muszą. I wydaje się, że wcale w tym względzie nie idzie ku lepszemu. Oczywiście pojawia się pytanie zasadnicze: Kto jest temu winien? Choć ja przeformułuję je w podobne, ale wg mnie sensowniej postawione: Co jest tego przyczyną?

Może najpierw napiszę dlaczego nie lubię pisać o "winie". Przyczyna jest dość prosta - takie postawienie sprawy generuje więcej chaosu niż odpowiedzi. Bo pierwsza odpowiedź na pytanie o winę narzuca się sama - oczywiście nauczyciele! - Są przecież niefachowi, leniwi, mało zaangażowani, a to głównie oni odpowiadają za to, jak uczy się naszą młodzież. Tylko że jak się bliżej przyjrzymy sprawie, to pojawią się rysy na tym prostym wytłumaczeniu. Po pierwsze jeśli nauczycielom brakuje fachowości, to pytanie można zadać: A kto ich tak kiepsko nauczył fachu nauczycielskiego? - Więc może winne są szkoły wyższe?
Ale szkoły wyższe tez działają w jakimś środowisku - brak pieniędzy, otoczenie prawne - jakie jest. A do tego dochodzi kwestia ustalonych zwyczajów w naszym Społeczeństwie. A społeczeństwo? Jest jakim go ukształtowała ewolucja, tradycja, geny ludzkie...

 

Czy tradycyjny sposób nauczania się przeżył?

Dlatego osobiście uważam, że powód opisywanego stanu rzeczy jest inny, niż skupienie uwagi na jednej grupie zawodowej.

Moją tezą jest, że po prostu tradycyjna szkoła już się przeżyła. Nauczanie w stylu klasowo - lekcyjnym, to po prostu marnowanie energii uczniów. W dobie Internetu, multimediów wysiadywanie godzinami na lekcji, na których nauczyciele odpytują, czasem coś wykładają, czasem dyskutują powinny być ograniczone (choć nie twierdzę, że całkiem zlikwidowane) i w dużym stopniu zastąpione innymi formami. Nauczyciel powinien być raczej animatorem, pomocnikiem w nauczaniu, a nie osobą skupiającą na sobie uwagę dużej grupy uczniów. Bo zastanówmy się nad CELAMI i zaletami układu  szkolno - klasowo - lekcyjnego:

  1. Główną zaletą układu nauczyciel - klasa - uczniowie była w dawnych czasach EKONOMIA. Dzięki takiemu ustanowieniu nauczania jedna osoba (opłacana za czas poświęcany pracy) była w stanie nauczyć znaczną grupę uczniów. Wykładając problem dla grupy, nauczyciel dociera na raz do wielu osób. Problem w tym, że w dobie środków masowego, szybkiego komunikowania się stary układ przestał być optymalny - i to z dwóch (przeciwstawnych...) powodów:
    z jednej strony można go byłoby wykorzystać dla jeszcze większej grupy uczących się - np. nagrywając wykład i udostępniając dla milionów słuchaczy.
    z drugiej strony mówienie tego samego do różnych osób nie pozwala na indywidualizację nauczania.

  2. Uczniowie spotykają się, uczą się działania w grupie. Tutaj też jesteśmy daleko od dobrego wykorzystania. Bo w przypadku statycznego wykładu i tak to współdziałanie" w pozytywnym sensie ogranicza się do siedzenia cicho, nie przeszkadzania. A jeśli już naprawdę chcemy kogoś wdrażać do działania w grupie to dlaczego by nie wykorzystać pełni środków współczesnego przekazu (bycie online, komunikatory, spotkania w mniejszych grupach, organizowane adhoc)

  3. Poprzez przymus szkolny można "zapędzić" do nauki  (i kontrolować) również tych, którzy z własnej woli nie chcieliby się uczyć, a przez to duża część członków społeczeństwa pozostałaby funkcjonalnymi analfabetami we współczesnym świecie. Tę zaletą nauczania szkolnego uważam za ciągle za aktualną. Problem w tym, że w odniesieniu do wielu uczniów nie ma ona zastosowania - przynajmniej w odniesieniu do, którzy chcą i umieją uczyć się samodzielnie.

  4. Tworzy się środowisko koleżeńskie. To dalej jest aktualne. Choć nie jestem przekonany, czy nie lepiej byłoby realizować tego celu głównie w odniesieniu do wybranych lekcji (sport, nauki humanistyczne, gdzie dużo się dyskutuje na tematy ogólne), a można by ten aspekt uwolnić w odniesieniu do zajęć/treści, gdzie i tak dyskusje są rzadkie.

  5. Uczniowie wdrażają się do pewnych ról i sytuacji społecznych - wiążą się z miejscem, dowiadują o historii swojego kraju, swojego regionu. Trudno jest poczuć się członkiem społeczności tylko na odległość. Trzeba określonych ludzi spotkać, w określonych miejscach być. I szkoła to też zapewnia.

Jednak jeśli spojrzymy na główny cel pracy szkoły - nauczenie określonego materiału, wdrożenie do działania w nowoczesnym państwie i społeczeństwie, to szkoła wypada blado. Szkoła działa trochę jak wyspa tradycjonalizmu w świecie, w którym wszystko odbywa się szybciej, ciekawiej, bardziej interaktywnie.

Dlatego uważam, że dobre nauczanie, nauczanie na miarę współczesnych czasów powinno odchodzić od przymusu wysiadywania na lekcjach w sztywnych godzinach sporej grupy osób. Nie mówię tu o całkowitej rezygnacji z pobytu na lekcjach (bo część ważnych celów nauczania trudno jest inaczej realizować), ale o częściowej (około 50%) rezygnacji z tradycyjnych form pracy szkolnej.

Można te same cele realizować efektywniej - dzięki wykorzystaniu Internetu, przy bardziej luźnej strukturze zajęć i grup, wymuszając nie tyle skupianie się na treściach powtarzanych setki razy przez tego samego nauczyciela do kolejnych grup uczniów, a twórcze korzystanie z bogactwa jakie daje nam dostęp do najlepszych, zindywidualizowanych i ciekawie opracowanych źródeł wiedzy. Warto w większym stopniu wykorzystać komputer - w formie środka komunikacji, symulatora zjawisk, czy w postaci gier edukacyjnych.

 

Symulacje komputerowe i wykorzystanie multimediów

Tak w szkołach się o tym mówi. Nawet wiele szkół chwali się pracowniami multimedialnymi. Problem w tym, że całe otoczenie jest dostosowane do tradycyjnego podejścia. Ciągle uczeń musi przyjść na określoną godzinę i tam wysiedzieć np. oglądając wspólnie w klasie film o fizjologii żaby. Wszyscy uczniowie siedzą i patrzą - zarówno Ci, którzy juz ten film widzieli, jak też i tacy, co są zbyt słabo przygotowani, aby go w pełni zrozumieć. Dla jeszcze innej części uczniów jest to po prostu okazja, żeby trochę porozrabiać, bo nauczyciel jest za ścianą, jako że puścił film i w kantorku obok sprawdza kartkówki.
Niestety, nie wystarczy w klasie postawić rzutnik podłączony do komputera, żeby dobrze wykorzystać nowe media. To się od biedy "sprawdzi", gdy uczniom trzeba puścić film patriotyczny, albo transmisję uroczystości. Ale do efektywnej pracy w nowym stylu należałoby zmienić coś więcej, niż tylko dać możliwość uruchomienia jakiegoś tam filmu edukacyjnego. Tu potrzeba SPÓJNEJ CAŁOŚCI, a więc

dla nauczyciela w miarę kompletnie wyposażonej biblioteki materiałów multimedialnych - programów symulacyjnych, prezentacji, filmów (lepiej krótkich - po 2-5 min,  z których daje się swobodnie składać różne całości, niż kompletnych bloków zajmujących większość lekcji)

dostęp do tych materiałów i Internetu dla KAŻDEGO ucznia.

pracy w  MAŁYCH GRUPACH, bądź nawet indywidualnej, a nie pełnych klasach 30 osobowych (tym ostatnim sensownie organizacyjnie daje się puszczać właśnie dłuższe filmy) i podziału na owe grupy zgodnie z możliwościami i zainteresowaniami uczniów, przy jednoczesnym zachęcaniu do szerszej wymiany spostrzeżeń online, czy na mniej formalnych spotkaniach.

Współpraca online

Warto jest otworzyć nasze szkolnictwo na nowe formy współpracy - w szczególności na komunikowanie się przez Internet. Kiedyś współdziałanie musiało ograniczać się do osób położonych blisko siebie. Inaczej się nie dało, bo nie było wygodnych środków komunikacji. Dzisiaj osoby będące w różnych miastach, państwach, na różnych kontynentach mogą współuczestniczyć w tych samych projektach pisząc do siebie, słysząc się i widząc nawzajem.

W dzisiejszych czasach nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczniowie z liceum w Toruniu współpracowali nad jakimś projektem z kolegami z Warszawy, Drezna, czy Władywostoku. Takiej współparcy warto jest uczyć, warto jest wdrażać do niej uczniów. Umiejętności zdobyte w ten sposób bardzo przydadzą się we współczesnym świecie, który dawno stał się "globalną wioską".

Warto dodać, że wiele prywatnych firm w Polsce już realizuje to, co w szkołach ciągle jest nowością. Organizowane są płatne kursy online, zajęcia grupowe przez Internet, korepetycje za pomocą komunikatorów internetowych i inne. Dlaczego jednak szkoły tak rzadko wykorzystują ten wspaniały środek wychowawczy i edukacyjny?...

 

Kolejna kwestia - stawianie i egzekwowanie wymagań

Kolejną bolączką współczesnej szkoły stanowią mechanizmy sprawdzania wiedzy uczniów, a w szczególności sławetne "odpytywanie". Co prawda z jednej strony jest ono potrzebne, jednak w stosunku do innych możliwości widać jego poważne wady. Przede wszystkim dla większości uczniów stanowi ono przerwę w zdobywaniu wiedzy. I choć obserwowanie wypowiedzi kolegi przed klasą i nauczycielem też nieco pomaga w przypomnieniu wiadomości i trenuje do późniejszych wystąpień na szerszym forum, to jednak w większości przypadków czas na nie poświęcony jest zdecydowanie zbyt długi w stosunku do osiąganych efektów. Wynika to z faktu, ze główną funkcją owego odpytywania jest w istocie MOTYWACJA do nauki (uczniowie uczą się dlatego, że boją się dostać przy tej okazji negatywną ocenę). Ale to działa połowicznie

po pierwsze, łatwo jest uczniom się zorientować które dni dają szansę na wyrwanie do odpowiedzi, więc uczą się tylko wtedy, gdy groźba jest realna, a spoczywają na laurach, jeśli niedawno byli pytani (skoro nauczyciel musi odpytać wszystkich, to wiadomo, że raczej nie spyta tej samej osoby dwa- trzy razy z rzędu).

żeby sensownie sprawdzić wiedzę ucznia (nauczyciel chce przecież być sprawiedliwy) trzeba na pytanie poświęcić pewna minimalna ilość czasu, który jest przeznaczony na rozmowę z tylko jednym uczniem.

poprawienie ocen przez uczniów w ramach nowej odpowiedzi jest utrudnione, bo nauczyciel musi pytać inne osoby.

Dlatego znacznie lepszym sposobem motywowania do systematycznej nauki jest egzekwowania umiejętności za pomocą testów w komputerze. Mogą one trwać tylko 5 - 10 min (mogą i dłużej), obejmą wszystkich uczniów, a nauczyciel miałby mniej pracy przy ich sprawdzaniu. Do tego uczeń poprawiający się mógłby przystępować do zaliczenia różnych, bardziej dogodnych terminach. Np. krótko po lekcjach grupa uczniów - poprawkowiczów mogłaby zbiorczy zaliczać testy w czasie gdy nauczyciel, np. sprawdzając zeszyty i tylko rzucając okiem czy praca odbywa się w zgodzie z przyjętymi zasadami.
Oczywiście raz na jakiś czas uczeń powinien sprawdzić się w umiejętności wypowiadania się publicznie na określony  temat. Ale to można załatwić na innej zasadzie - np. przygotowując krótkie referaty, prezentacje multimedialne itp.

Jak na razie niewiele szkół jest w stanie wykorzystać dobrodziejstwa nauki online i testów w komputerze. A szkoda.

 

Przeformułowanie wymagań ministerialnych

Do tego, aby wszystko zadziałało w nowym stylu potrzebne jest coś jeszcze - przyzwolenie, zachęta, a nawet nacisk ze strony Ministerstwa Edukacji. Co prawda najbardziej aktywni, nowocześnie myślący nauczyciele już robią to, o czym piszę. Jednak aby to zadziałało w pełni potrzebne jest zmobilizowanie większości pedagogów - nawet tych, dla których jest to nieco trudne, wymaga pójścia wbrew rutynie, przyzwyczajeniom. To jest praca, a ponieważ do pracy zmusić się jest nieraz trudno, to potrzebny jest i pewien nacisk, i jednocześnie (!) wsparcie.

Ministerstwo mogłoby też wesprzeć (czy to dofinansowaniem, współorganizowaniem konkursów, czy zachętą wykorzystania skierowaną do dyrektorów szkół) szkoły, które produkują materiały multimedialne dla innych, które mają ciekawe witryny internetowe. Może też warto zastanowić się nad dodatkowym wsparciem inicjatyw niezależnych firm, ośrodków naukowych, organizacji niezależnych.

 

Marazm jakoś trzeba pokonać

Ogólnie - jestem przekonany, że duża część frustracji uczniów wynika z faktu, że czują oni BEZSENS wysiadywania w dusznej izbie lekcyjnej, w przeładowanych liczebnie klasach słuchając przekazów, które nie są do nich zoptymalizowane (bo nauczyciel z konieczności kieruje swój przekaz tylko do pewnej średniej/zawężonej grupy uczniów). I chyba mają tutaj rację.

Dla uczniów poza szkołą czas płynie szybko - jak w teledysku zmieniają się wrażenia, gry komputerowe silnie angażują umysł i emocje, koledzy z owych gier on-line są rozsiani po całym świecie. Gdy przychodzą do swojej "budy", czas nagle zwalnia, a życie przyjmuje formę eklektycznej nudy. Trzeba odsiedzieć grzecznie w ławce, jakoś przetrwać szykany nauczycieli, a dopiero po szkole jest "życie". Jeśli szkoła się nie unowocześni, to rozdźwięk pomiędzy nią, a resztą świata będzie się powiększał. I narzekania na szkolnictwo, nauczycieli, władze edukacyjne będą narastały. I słusznie.

Dlatego warto pomyśleć o zmianach. I to najlepiej od razu dużych zmianach. Bo droga "po kawałku" będzie trwała pokolenia. A tego czasu nie ma w nadmiarze, bo stracimy właśnie - pokolenie. Zamiast mieć dobrze wyedukowaną młodzież, z entuzjazmem podchodzącą do życia, będziemy się wlekli z zacofaniem edukacyjnym i marnotrawieniem talentów młodych ludzi przez kolejne 10, może 20 lat. Tu potrzebny jest zbiorowy wysiłek z jednej strony, a jednocześnie tytaniczna praca jednostek z wizją i energią - z drugiej. Czy takie jednostki i taki wysiłek zaistnieją w naszej rzeczywistości?...

 

 Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 28 czerwca 2008
Zaktualizowano 12 XI 2009

 

 

 

O nauczaniu bez szkoły i nauczaniu dobrym

Coraz częściej docierają do mnie artykuły, głosy osób, notki prasowe poświęcone nauczaniu odbywającemu się bez pośrednictwa szkoły. Ostatnio przeczytałem ciekawy artykuł z "Dziennika Łódzkiego" (17,18 czerwca 2006) poświęcony uczniowi, który do szkoły chodzi z rzadka, a uczy się głównie w domu. I podobno wyniki nauczania ma bardzo dobre. Artykuł ma tytuł "Przemek jest duchem". Nasuwa on kilka pytań:
Czy polska szkoła, jest tak nieefektywna, że może lepiej byłoby całkiem z niej zrezygnować?
A może szkoła i system szkolnictwa w Polsce są dobre, tylko ten przypadek jest wyjątkowy?

Moim zdaniem - prawda jest pośrodku. I "odpowiedź uzasadnię"...

Słabości polskiej szkoły, a nauczanie indywidualne

Nauczanie szkolne (nie tylko w Polsce) ma wiele wad. Z punktu widzenia efektywności nauczania podstawową jest moim zdaniem fakt, że w typowej sytuacji w szkolnej klasie zgromadzona jest grupa osób o dość sprzecznych potrzebach, zainteresowaniach, ambicjach. Podręczniki dydaktyki skupiają się na metodach nauczania, a tymczasem podstawowy problem szkoły to nie tyle kwestie jak nauczyć (np. twierdzenia Pitagorasa), tylko jak zmusić niesforną czeredę, żeby w ogóle chciała słuchać nauczyciela. I efekt jest taki, że każdy nauczyciel większość swojej energii nie poświęca nauczaniu, a utrzymywaniu porządku, dyscyplinowaniu. Właściwie przekazywanie wiedzy jest gdzieś nieco z boku głównej działalności - wymuszaniu minimum skupienia, porządku, uwagi. W tym kontekście jasne jest, dlaczego odpowiednio zmotywowany uczeń, ucząc się sam, jest w stanie osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż biorąc udział w zajęciach szkolnych. Jeśli uczeń ten ma jeszcze pomoc odpowiednio wykształconego rodzica, czy korepetytora, to zwykle efektywność szkolną jest w stanie "pobić na głowę", ponieważ i tak z 45 minut lekcji efektywnego nauczania można wykroić niewielki procent.

Do tego jeszcze dochodzi kilka elementów dodatkowych pogarszających wyniki nauczania - kiepskie podręczniki (a niestety, nie dorobiliśmy się naprawdę dobrych podręczników), niedokształceni albo leniwi nauczyciele, chuligaństwo na przerwach i w drodze do szkoły (nie wspominając już np. o mitrędze dalekich dojazdów do szkoły). Wszystko to razem powoduje, że umiejętnie ucząc się samem można osiągnąć znacznie lepsze wyniki, niż korzystając z metod tradycyjnych.

Szkoła jest niedoskonała, ale...

Mimo tego co napisałem wyżej, sam nie jestem zwolennikiem jakichś drastycznych posunięć - np. zupełnej likwidacji szkoły. A powodów jest tu kilka. Przede wszystkim szkoła (nawet w takiej postaci jak teraz) osiąga przynajmniej jedno - jako tako wyrównuje poziomy edukacyjne, dając szansę tym, którym edukacja potrzebna jest najbardziej - dzieciom z rodzin biednych, zaniedbanych, dzieciom rodziców słabo wykształconych. Oni samodzielnie nie poradziliby sobie ze zorganizowaniem nauczania, a często w ogóle zlekceważyliby tę kwestię. Dlatego, dzięki temu, że dziecko "musi" chodzić do szkoły, mamy w kraju większość obywateli, którzy przynajmniej jako tako umieją posługiwać pieniędzmi, podpisywać umowy, czytać instrukcje - słowem są w stanie w ogóle funkcjonować jako obywatele i pracownicy. 
Poza tym, dzięki szkole, gromadzącej różnych ludzi, młody człowiek uczy się współpracy, działania w grupie, uczy się porównywać własne zachowania i emocje z tym, co prezentują jego rówieśnicy, czy (inne niż rodzice) osoby dorosłe. To się rzeczywiście liczy. A przecież żaden nowoczesny kraj nie może sobie pozwolić na posiadanie obywateli analfabetów.

Ale... może by tak inaczej

Jestem przekonany, że rezygnacja ze szkoły jest, przy dzisiejszych realiach, utopią. To się nie uda. Jednak...
Już aktualnie można naprawdę niemało zrobić, aby wymusić na polskim systemie edukacyjnym zmiany na lepsze. Nauczanie domowe dobrze wpisuje się w nurt tych przemian. Powodem jest fakt, że wymusza ono spojrzenie na nauczanie nie tylko od strony samego faktu odbywania nauki, ale również od strony wyników. Bo skoro mamy szkołę zaliczyć komuś, kto uczy się sam, to powinniśmy móc jakoś stan jego wiedzy sprawdzić. Musimy więc ustalić NIEZALEŻNE KRYTERIA OCENY STANU WIEDZY UCZNIA. To bardzo ważne, bo powoduje przestawienie celów działalności szkoły - nastawienie na wyniki nauczania, a nie na sam fakt, że tyle to tyle godzin określona liczba młodych osób w szkole przesiedziała. Bo do tej pory właściwie główną motywacją szkół do podnoszenia jakości nauczania jest prestiż - jeśli w szkole są lepsze wyniki z testów końcowych, to szkoła jest "lepiej widziana". Wg mnie to za mało, gdyż taki układ owocuje m.in. tym, że nauczycielom bardziej opłaca się tkwić w rutynie, niż wysilać się na poprawę swojej pracy (oczywiście wiem, że ocena pracy nauczyciela nie jest sprawą prostą - wyniki nauczania tylko w pewnym procencie są zależne od jego wysiłku i fachowości). 

Jestem przekonany, że w kwestii poprawy wyników nauczania najwięcej można by osiągnąć metodami "miękkimi" - czyli właśnie dopuszczając alternatywne metody uczenia się, przy (Uwaga! To bardzo ważne!!!) ścisłym egzekwowaniu obiektywnych metod sprawdzania wiedzy. Bo słaba efektywność nauczania jest w dużym stopniu związana z tym, że do nauczycieli przychodzi się nie tyle po wiedzę, co po samo zaliczenie. I uczniowie (oraz ich rodzice) często więcej wysiłku wkładają w zmuszenie pedagoga do lepszego potraktowania ich wiedzy, niż poprawienia stanu tej wiedzy. Niezależne, obiektywne testy (jak najczęstsze) zmieniłyby sytuację diametralnie - uczeń sam by się "prosił" o lepsze nauczanie, byle tylko ostatecznie osiągnąć lepszy wynik końcowy (oczywiście nie zadziała to w odniesieniu do uczniów całkowicie nie zainteresowanych swoją edukacją, ale tu trzeba zastosować jakieś metody uzupełniające). Na szczęście ostatnio wyraźnie pewne kroki w tym kierunku - mamy już jednolitą w całym kraju maturę. Mamy testy kompetencji po każdym dużym etapie nauki. Teraz pora na obiektywne testy wiedzy po każdym semestrze...

W takim układzie - nastawionym na wyniki - naturalne jest dopuszczenie nauczania alternatywnego - czy to domowego, czy w szkołach internetowych, prywatnych, nawet na kursach. Wielu uczniów mogłoby obyć się bez szkoły - jeśli tylko byliby w stanie nauczyć się tego co jest wymagane. A takie ścisłe określenie wymagań ma też duże znaczenie dla czysto szkolnego stylu edukacji.

Podręczniki - pięta achillesowa polskiej edukacji

Polski rynek podręczników szkolnych to wyjątkowy przykład negatywnego elementu polskiego systemu edukacji. W sposób naturalny wyewoluował on w kierunku nie tyle poprawy wyników nauczania, co zapewniania zysków wydawcom. Mamy więc podręczniki od strony merytorycznej nijakie, średnie, często słabe, ale za to pięknie wydane i drogie. A do tego system ich dystrybucji jest nakierowany na wydawanie pieniędzy przez rodziców, a nie wspomaganie zdobywania wiedzy. Przykład - wydawcy pakują w jeden pakiet zasadniczy podręcznik i zeszyt ćwiczeń. Teoretycznie można by było użyć podręcznika używanego, ale wtedy w zestawie brakuje zeszytu ćwiczeń. A tego oddzielnie kupić się nie da... I tak sobie wydawnictwa drenują kieszeń rodziców. 

Jeśli chodzi o jakość merytoryczną podręczników, to moją ocenę (myślę, tu głównie o podręcznikach do fizyki, bo na tym temacie się znam najlepiej, ale nie tylko o nich...) można by streścić w stwierdzeniu "para w gwizdek". Mamy książki błyszczące z ładnymi ilustracjami. Przyjemnie jest wziąć je do ręki w księgarni. Gorzej idzie się z nich uczyć...

Potrzeba nam zmian - tylko jak je osiągnąć?

Kwestia podręczników opisane w poprzednim podrozdziale wyraźnie pokazuje, że wymuszenie poważniejszych zmian w systemie oświaty nie będzie łatwe. Bo kto właściwie jest zainteresowany obecnością w polskiej edukacji tanich (ale dobrych!) podręczników?

- wydawcy? - raczej, na samym końcu, bo kto chciałby ograniczyć sobie zyski?...
- nauczyciele? - niestety, zbyt wielu z nich dopiero z podręczników uczy się tego, co mają przekazywać swoim uczniom. Wiec jak jak mają zadecydować co jest lepsze, a co gorsze, skoro nie mają wystarczającego porównania? Oczywiście ambitni dobrzy nauczyciele byliby w stanie sobie poradzić z podręcznikową drożyzną i nijakością, ale "masa" nie będzie miała odwagi domagać się zmian na lepsze (a poza tym, przecież to nie oni płacą za podręczniki uczniów, tylko rodzice...)
- ministerstwo? - tego bałbym się najbardziej i urzędników dopuściłbym do decyzji o zmianach na samym końcu. Bo prędzej coś zepsują, niż naprawią - wszak działać umieją głównie za pomocą ograniczeń biurokratycznych...
- rodzice?... - teoretycznie są to główni zainteresowani, więc można by na nich liczyć. Problem w tym, że większość z nich nie zna się na tym jakie powinny być podręczniki dla ich dzieci i jak powinna działać szkoła. A tam gdzie każdy myśli coś innego, trudno jest skoordynować jasne stanowisko. 

Co mogłoby więc zmienić aktualny stan rzeczy? - ja stawiałbym na pluralizm i Internet. I oczywiście np. Fizykon...
ale w tym ostatnim pewnie do końca nie jestem obiektywny... 

 

Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 22 lipca 2006

 

 

 

O utopii szkoły bez stresu

W ostatnich latach, w kręgach edukacyjnych dość modne stało się pojęcie "szkoły bezstresowej". Sam pomysł wynikł historycznie z inicjatywy idealistów, którzy chcieli uczynić szkołę miejscem, gdzie nie ma niepotrzebnego stresu - czyli bez nadmiernego rygoryzmu, przesadnych kar, czy wrogiej wobec ucznia atmosfery. Faktycznie, wiele tradycyjnych szkół opierało się na modelu nauczyciel - to Pan Władca Absolutny, a uczeń - ma cicho siedzieć i nie wychylać się. W takich szkołach dość rozbudowany był aparat represji względem uczniów, a całość działała w oparciu o zasadę bezwzględnego autorytetu pedagogów. W takiej szkole uczniowie byli stresowani niepotrzebnie, niesprawiedliwie.

Niestety, jak to z wielu słusznymi inicjatywami bywa, spora grupa osób wprowadzających nowe idee dokonała "przeholowania" w przeciwną stronę. Niejedna szkoła bez stresu ze skrajności w rodzaju "uczeń nigdy nie ma racji, jeśli nie zgadza się z nauczycielem" wpadała w drugą - w stylu "uczeń ma zawsze rację". Albo przynajmniej w postawę obarczania nauczycieli całą winą o wszystko co się złe w szkole dzieje. Pojawił się przy tym obłędny mit nauczyciela "superfachowca", który bliżej nieokreślonym sposobem, jakąś tajemną mocą jest w stanie zażegnać wszelkie problemy szkolne bez uciekania się do jakiejkolwiek formy presji, kar, czy nawet stresującego nacisku. Ów wyidealizowany nauczyciel miałby mocą swojej fachowej przemowy umieć powstrzymać rozwydrzonego chuligana, wiecznie przeszkadzającego dowcipnisia, czy każdego innego szkolnego rozrabiakę. W sukurs idealistom poszły też niektóre kuratoria, które domagają się od nauczycieli i dyrekcji szkół "profesjonalnego postępowania", czyli załatwiania wszelkich problemów szkolnych szybko, prosto i elegancko, czyli "bezstresowo", a dodatkowo wszelkie konflikty rozstrzygają na niekorzyść pedagogów. 

Problem w tym, że taki nauczyciel superprofesjonalista, to nowe (edukacyjne) wydanie mitu o supermenie. Kompletna utopia. Przeciętny nauczyciel staje często przed przepełnioną klasą, gromadzącą często uczniów z bardzo różnych środowisk, wychowywanych też bardzo różnie (czasami w ogóle "nie wychowanych") i ma 45 minut na przekazanie wiedzy, która w przyszłości pewnie powinna się przydać. Jedni nauczyciele faktycznie mają talent oddziaływania na grupę i całkiem nieźle sobie z nią radzą (co nie jest trudne, jeśli trafi się grupa uczniów jako tako zdyscyplinowanych). Inni ratują się budując autorytet groźbą, jeszcze inni łagodnością i prośbą (co bywa zawodne w odniesieniu do części urwipołciów), większość i jednym, i drugim. Niektórzy nie radzą sobie wcale - bo np. są osobami łagodnymi i mało agresywnymi, pozbawionymi umiejętności wywierania presji, a trafiła im się grupa wyjątkowo niepoprawna, lub np. jest w niej jeden lub kilku osobników silnie zaburzonych emocjonalnie. Ale za wszystko co będzie złe, ideolodzy bezstresowej szkoły obarczą nauczyciela. Bo przecież powinien powstrzymać każdą nieprawidłowość za pomocą odpowiedniego oddziaływania. On powinien znać psychologię i socjologię i zawsze mieć metodę, którą załatwia się problemy. 
Niestety - psychologia i socjologia nie zna uniwersalnych metod radzenia sobie z trudną młodzieżą. Bo zapewne takich metod w ogóle nie ma. Są pewne luźne wskazówki, ale radzić musi każdy sobie sam. Tak jak umie. Dlatego marzenie "o naprawdę profesjonalnym nauczycielu" jest nieziszczalne. Próba postępowania opierającego się na założeniu, że ów mit stał się faktem i teraz każdy nauczyciel potrafi sobie poradzić ze wszystkim, prowadzi w ślepą uliczkę. 

Dziś (m.in. dzięki bezkrytycznemu propagowaniu szkoły bezstresowej) w wielu szkołach nauczyciele zeszli do defensywy i unikają twardego i jasnego wyrażania poglądów. W rezultacie objawia się druga strona takiej polityki - miejsce po autorytecie "złych" nauczycieli zajął autorytet (chyba też nie całkiem "dobry"...) przywódcy grupy młodzieżowej - kolegi, który imponuje swoim "luzem" i olewactwem, a czasem wręcz szefa młodocianego gangu. Niestety, jest to zwykle autorytet bardziej niebezpieczny i gorszy, niż ten pochodzący od - nawet tego zbyt ostrego - nauczyciela. 

Może więc warto przestać marzyć o szkole bez stresu. Stres życiowy prawdziwie i definitywnie kończy się dopiero po złożeniu ciała w cichym i zacisznym miejscu z krzyżami i nagrobkami. Miejscu położonym kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. A dopóki żyjemy - dopóty będziemy musieli ze stresem walczyć. Nasze dzieci też. W szkole też.
Bo np. w żaden sposób nie da się bez stresu poinformować np. że:

uczeń nie zaliczył klasówki

uczeń dostaje ocenę niedostateczną

uczeń umie zdecydowanie mniej niż jego koledzy

uczeń nie ma szans na zaliczenie egzaminów na studia

uczeń nie dostanie promocji do następnej klasy

uczeń ogólnie wypadł gorzej, niż oczekiwał

itd... itp...

Szkoła jest kawałkiem życia - z jego wszystkimi zaletami i wadami - z istniejącym stresem, problemami, nieporozumieniami, błędami. W szkole - tak jak w życiu - trafia się niesprawiedliwość, poczucie krzywdy, zawodu, porażki. Odnosi się to zarówno do uczniów, jak nauczycieli i dyrekcji. Takie jest życie i inne nie (chyba) będzie. Dlatego proponuję przestać walczyć o szkołę bezstresową, a zacząć dopominać się szkoły sensownie zorganizowanej, ludzkiej, komunikatywnej, skłonnej do współpracy

Szkoła bezstresowa - nawet jeśliby gdzieś powstała - byłaby najbardziej krzywdzącą uczniów instytucją edukacyjną. Bo po kilku latach spędzonych w takim wychuchanym, idealnym środowisku uczeń i tak musiałby, kompletnie nieprzygotowany, zmierzyć się z RZECZYWISTOŚCIĄ. Taką jaka ona jest naprawdę. A jaka jest - każdy widzi...

Michał Dyszyński
Dodano do serwisu 5 października 2005

 

 

Kto dręczy uczniów?

Jak przeczytałem w informacji portalu Onet jedna z angielskich uczennic skarży swoje miasto przed sądem, że nie potrafiło uchronić jej w szkole przed prześladowaniami rówieśników. Z jednej strony człowiek myśli sobie: teraz to już skarżą o byle co (słyszałem, że ktoś w Ameryce dostał odszkodowanie za to, że nie było napisane na opakowaniu produktu, że toż właśnie opakowanie jest niejadalne...), jednak z drugiej strony, to w jakimś stopniu tę uczennicę popieram. W końcu skoro obowiązek szkolny istnieje, to dlaczego władze nie zapewniają bezpieczeństwa osobom ten obowiązek wypełniającym... I chciałbym nawet, aby tego rodzaju praktyki sądzenia się z władzami uległy rozszerzeniu. Najlepiej również na Polskę.

Jako były nauczyciel szkolny (aktualnie zajmuję się edukacją przez Internet), jestem zdania, że w wielu krajach ideologia nierealnej pedagogiki wiele w branży edukacyjnej napsuła. Ostatecznie fundamentaliści polityczno - edukacyjnej poprawności zmontowali system, w którym najlepiej żyje się łobuzom i cwaniaczkom, a najtrudniej tym normalnym i uczciwym - zarówno jak uczniom, jaki i nauczycielom. Nauczyciel, kontrolowany przez rozmaite gremia oświatowe, ma związane ręce w swoich wysiłkach zapewnienia porządku i poszanowania zasad kultury. Jak coś jest źle, to winien jest właśnie on. Jeśli nie ma udokumentowanych wszystkich trudnych i kontrowersyjnych działań jakie nieraz musi podjąć, to czekają go poważne konsekwencje dyscyplinarne. Jak uczeń poskarży o niedopatrzenia proceduralne (np. nie został poinformowany odpowiednio wcześniej o zamiarze wystawienia oceny niedostatecznej), to nauczyciel jest winien (nie ważne jest to, że sam uczeń w ogóle nie pojawia się ostatnio w szkole...). Nauczyciel jest rozliczany z każdego nieostrożnego słowa, jest pod nieustanną presją ze strony uczniów, rodziców, dyrekcji (na szczęści w sporej części szkół dyrekcja jednak wspiera swoich nauczycieli), a z drugiej strony ponosi pełną odpowiedzialność za porządek na lekcji, w szkole. Nie może zareagować adekwatnie na sytuacje gnębienia jednych uczniów przez drugich, bo przy mocniejszym wystąpieniu okaże się zaraz, że powinien to zrobić bardziej "profesjonalnie" - tak łagodniej, czyli pewnie "siłą i godnością osobistą". Tyle, że takich geniuszy godności osobistej, którzy są w stanie groźną miną opanować ekscesy młodego bandyty nie jest, niestety, wielu. I można się zżymać, że ci nauczyciele tacy dzisiaj kiepscy, że kiedyś to nauczyciel poskramiał niepokornych samych ostrzegawczym chrząknięciem, ale rzeczywistość jest taka jaka jest - tzn. nauczyciele są po prostu normalnymi ludźmi. Niestety, faktu że nauczyciele są zwykłymi ludźmi, nie chcą uwzględnić decydenci tworzący zasady działania branży oświatowej. Wciąż nie dopracowano się żadnych dobrych metod działania z falą i bandytyzmem młodocianych, wciąż kilku nastoletnich obwiesi może terroryzować całą szkołę.

Oczywiście, póki szkoła ma do czynienia z rozsądnymi, kulturalnymi młodymi ludźmi, póki jest szansa dogadać się z ich rodzicami, dopóty wszystko (również w aktualnych warunkach prawno - administracyjnych) w miarę dobrze funkcjonuje. System zaczyna się "sypać" zaczyna się w sytuacjach trudnych - w obliczu młodzieżowych gangów, młodocianych handlarzy narkotyków, czy zdemoralizowanej "złotej" młodzieży "lejącej z góry" na wszelki napomnienia nudnego belfra. 
I co ma wtedy zrobić nauczyciel?
- Rozpłakać się?... Samodzielnie założyć sobie na głowę kosz na śmieci?...

No może trochę przesadzam. W rzeczywistości, czyli w typowych warunkach, rzadko który nauczyciel da się tak skołować swoim podopiecznym, że dojdzie do absolutnie dramatycznych zdarzeń. Może przecież po prostu odmówić prowadzenia lekcji, poinformować dyrektora, rodziców, radę pedagogiczną. Problem zaczyna się wtedy, gdy w szkole pojawi się odpowiednio duża grupa część młodzieży patologicznej - na taką młodzież łagodne praktyki wychowawcze już nie działają. Przenoszeni z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły - wciąż sprawiają podobne kłopoty, wciąż krzywdzą rówieśników, nie respektują podstawowych zasad współżycia społecznego. I w takich przypadkach trzeba by działać już zupełnie inaczej - przede wszystkim bardziej skutecznie
Niestety, dominujący nurt ideologów utopijnej pedagogiki najwyraźniej wychodzi z założenia, że się jakoś to "rozejdzie po kościach", że dobrzy uczniowie swoim przykładem naprawią tych zaburzonych emocjonalnie. Tylko że to nie działa. Prawie nigdzie. Bo prędzej ci źli zgnębią i zepsują swoich kulturalnych rówieśników, niż traktowane z pogardą "kujony" spowodują przemianę łobuzów w grzecznych uczniów.

I wygląda na to, że nic się nie da zrobić. Chyba że....
- Chyba że właśnie ileś spraw sądowych względem władz gminnych czy oświatowych o nie zapewnienie bezpieczeństwa  godziwych warunków nauki zmusi w końcu odpowiedzialne osoby do minimum rozsądku. Gdy ktoś wreszcie będzie musiał zapłacić pieniądze, to może pomyśli nad sposobami naprawy sytuacji. Innej szansy nie widzę...

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 5 sierpnia 2004

 

O nowej edukacji i biznesowym proroctwie

Dziś komentarz - esej niemal apolityczny. Za to z ulubionej przez autora witryny działki - edukacji. Rzecz będzie o edukacji nowego rodzaju - o naprawdę nowoczesnej edukacji
Większość powie - nuda. Wszak szkoła (z męskiej perspektywy patrząc) jest fajna tylko od strony spotkań kolegów z okazji piwnych wagarów i erotycznie podbarwionych kontaktów z płcią bardziej sympatyczną...
Dla autora jednak edukacja jest ciekawa z wielu innych powodów, a dodatkowo jest w tym jeszcze jeden aspekt - biznesowy. I to poważnie biznesowy. 

Więc do rzeczy. 
Jakiś czas temu kupiłem książkę amerykańskich autorów pt. "Rewolucja w uczeniu". Książka jest pisana w stylu silnie amerykańskim i marketingowym (dla mnie właściwie aż za silnie) - odnoszę wrażenie, że w tym tekście zatraca się granica między stwierdzaniem faktu, a reklamą tych stwierdzeń - rzucają się w oczy hasła pisane wielkimi literami na całej stronie, dominują mocne oznajmujące zdania i proste recepty. Jak dla mnie - za proste. I chyba za nachalne.
Z drugiej strony jednak - zdaję sobie sprawę, że taki jest ten dzisiejszy świat - wymaga prostych zdań, wpadających w ucho sloganów. Może tak będzie wyglądać mowa następnych pokoleń? Może przyzwyczaimy się do czatowych skrótowców, wszechobecnych określeń angielskojęzycznych w stylu "cool, "funny", "trendy"?... Może?... Myślę, że wszystko ku temu zmierza.
Jednak ja wierzę jednocześnie, że życie wymusi różnorodność. Wszak nie wszystko da się uprościć i ubrać czaderskie hasła. Wierzę też, że również w świecie który nadchodzi, pojawią się style edukacyjne w bardzo różnych wydaniach - reklamowo - hasłowym, czyli uproszczonym - dla niezbyt zaawansowanego odbiorcy. Ale będzie także styl wyważony, spokojny, gdzie każde słowo znaczy - to co znaczy, czyli bez konieczności dowiązywania mu emocjonalnego ciężarka, czy balonika z helem. Bo upraszczanie spraw, umieszczanie ich w silnie emocjonalnym otoczeniu bardzo często zakłamuje istotę, bo pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać "cool", bo są pewne prawdy i mechanizmy, które muszą być przepracowane - żmudnie, ciężko, z bólem głowy i karku. Ale pewnie też dlatego zawsze będzie elita tych którzy więcej rozumieją, którzy widzą dziesięć poziomów emocji, tam gdzie większość dostrzega zaledwie trzy.

I będzie też nowa edukacja z prawdziwego zdarzenia. O dwa poziomy lepsza. Skuteczniejsza. To nie takie trudne. Gdy patrzę na możliwości jakie wykorzystują dzisiejsze podręczniki, czy metody dydaktyczne, to żal człowieka ściska... Widać całe wielkie obszary niewykorzystanych możliwości. A przecież... wystarczy sięgnąć ręką. 
W dobie komputerów i Internetu można nauczyć ludzi tego samego 2 - 3 razy szybciej. I lepiej. Państwa i organizacje, które to zrozumieją i wprowadzą w życie wynikające stąd wnioski, będą miały ogromną przewagę nad resztą świata. 

Bo przyjrzyjmy się co tak naprawdę limituje lepszą jakość życia i pracy - technologia? - ona sama to może połowa. A prędzej jedna trzecia. W końcu z możliwości edytora Word przeciętny użytkownik stosuje 5%, większość osób nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę potrafi ich telefon komórkowy. A przecież tym co naprawdę ważne w pracy biznesmena, czy fachowca z prawdziwego zdarzenie, to dostęp do rzetelnej informacji, a do tego podanej w sposób maksymalnie przystępny. Dla tych specjalistów, których godzina pracy kosztuje dziesiątki dolarów, nie liczy się cena za informację (oczywiście mówimy o ogólnie "rozsądnych" cenach), tylko czas w jakim ta informacja będzie mogła "zapracować" i na ile będzie można na niej polegać. 

Dlatego prorokuję (to jest dopiero to główne proroctwo na dzisiaj):
Firmą nowych czasów, firmą nowego świata będzie...
   WYSZUKIWARKA INTERNETOWA GOOGLE!!!
Nie tam żaden Microsoft, nie ten czy wielki "teleokom". Już dziś, jak się czegoś nie wie, to się idzie poguglować, A nadejdą czasy, gdy guglować będziemy po wszystko - gdzie kupić bułki, w jakim mieście urodził się Napoleon i czy warto inwestować w obligacje rządu Rodezji. Google zaś przestanie po prostu wyrzucać nam nawał stron witryn internetowych o bardzo zróżnicowanej użyteczności, lecz opracuje dla nas metody odpowiedzi na pytania. Po prostu - będzie prawie tak jak z odpowiedzą fachowca. Choć może odpowiedzi na pewne szczególne pytania będą, albo płatne, albo limitowane dla wybrańców.
Z resztą Google już został wybrany firmą roku. Tyle że mało kto wie, że tak naprawdę jest to firma stulecia...

A wracając na koniec do zacytowanej wcześniej książki. Mimo swojej przerysowanej maniery wypowiedzi, nie była ona głupia - też wieszczy to samo co ja w tym eseju - początek nowej ery - ery wiedzy i edukacji.

Dodane do serwisu 29 marca 2004