Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

 

Inne daktikowe komentarze

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka

Spis treści 

Bożonarodzeniowe zadumanko
Seksizm w Media Markt?
O nowej edukacji i daktikowym proroctwie

 

Bożonarodzeniowe zadumanko

Jak nigdy do tej pory, tegoroczne Święta Bożego Narodzenia natchnęły mnie filozoficzną refleksją. A ponieważ na wirusa filozofii jak do tej pory lekarstwa nie ma, ten co niechcący na ów tekst zabłądzi, będzie miał okazję też się po mojemu z owym choróbskiem pozmagać. 
Problem który chciałem poruszyć, wynika z refleksji nad dwiema sprzecznymi, skrajnymi ideami związanymi z Bożym Narodzeniem. Z jednej strony Święta te są chyba najbardziej radosnymi ze znanych - gwiazdki, choinki, świeczki ozdoby, ciepło rodzinnego ogniska i oczywiście - prezenty. W dzisiejszej rzeczywistości, gdy wielu ludzi się dorobiło całkiem niezłych pieniędzy, to właśnie te święta są okazją do wyraźnego poprawienia swojego stanu posiadania za pomocą ofiarodawców. Dlatego w świadomości wielu narodzenie Jezusa wiąże się najbardziej chyba z faktem dostawania czegoś materialnego od od rodziny, znajomych, ogólnie od świata, który nas otacza.
Z drugiej jednak strony, tradycja chrześcijańska stawia nam przed oczy obraz skrajnie przeciwny - oto Jezus - ktoś niezwykle ważny, Ktoś mający być Królem i dobroczyńcą świata przychodzi na świat w warunkach skrajnie odległych od przepychu i od uśmiechu fortuny - rodzi się w stajni, wśród zwierząt, bez należytej pomocy innych ludzi. Tak bardzo niedoceniony. Tak bardzo sam...

Bez sensu - taka jest pierwsza myśl. Ktoś Wielki i Ważny powinien urodzić się w pięknym i bogatym otoczeniu... Jednak?

Bo przecież jeśli niezbędnym warunkiem wielkości miałoby być jakieś wspaniałe otoczenie, to czy owa wielkość byłaby prawdziwa? Przecież skoro jest rzeczywiście wielka, to po co jej jeszcze jakieś banalne uznanie tych, którzy stoją znacznie niżej w hierarchii rozumienia, w hierarchii wielkości. Wielkość to wielkość i już.
I ta dychotomia daje do myślenia - co to znaczy być kimś? Czego nam trzeba w życiu?
- Z jednej strony na pewno darów od losu, pozytywnego zainteresowania fortuny. Ale jeśliby tego daru fortuny zabrakło?... To co? 
Czy wtedy będziemy już nikim?...

Mały Jezus nie boi się być nikim, nie boi się być zlekceważonym przez świat. Uśmiecha się i wyciąga do tego niego ręce, pomimo tego, że ów świat go lekceważy. Bo to JEZUS JEST TU PANEM. Świat może coś dać. Albo i nie. Nawet jeśli nie da nic, to ten fakt nie będzie miał istotnego znaczenia. Ot - niech martwi się ten, kto jest zbyt mały, aby ujrzeć Wielkość, zbyt zaślepiony, aby zorientować się, że oto stanął w swoim życiu obok czegoś znacznie bardziej wartościowego, niż wszystkie inne dary świata. 

Dlatego dla mnie te Święta Bożego Narodzenia, nawet jeżeli miałyby być pozbawione prezentów, drogiego otoczenia, czy szczególnej akceptacji ludzi, dalej są w stanie ofiarować nam coś niezwykle cennego. Tym darem może być spokój i moc; obie wynikające ze świadomości, że wobec prawdziwej wielkości Człowieka, wszystkie dodatkowe (dobre, czy złe) okoliczności, to mało istotny drobiazg. 
To jest wielki dar - ta świadomość, ten spokój i ta moc. Czuję go gdzieś w środku, w umyśle. Jednak wciąż nie jestem pewien, czy potrafię go przyjąć...


O nowej edukacji i daktikowym proroctwie

Dziś komentarz - esej niemal apolityczny. Za to z ulubionej przez autora witryny działki - edukacji. Rzecz będzie o edukacji nowego rodzaju - o naprawdę nowoczesnej edukacji
Większość powie - nuda. Wszak szkoła (z męskiej perspektywy patrząc) jest fajna tylko od strony spotkań kolegów z okazji piwnych wagarów i erotycznie podbarwionych kontaktów z płcią bardziej sympatyczną...
Dla autora jednak edukacja jest ciekawa z wielu innych powodów, a dodatkowo jest w tym jeszcze jeden aspekt - biznesowy. I to poważnie biznesowy. 

Więc do rzeczy. 
Jakiś czas temu kupiłem książkę amerykańskich autorów pt. "Rewolucja w uczeniu". Książka jest pisana w stylu silnie amerykańskim i marketingowym (dla mnie właściwie aż za silnie) - odnoszę wrażenie, że w tym tekście zatraca się granica między stwierdzaniem faktu, a reklamą tych stwierdzeń - rzucają się w oczy hasła pisane wielkimi literami na całej stronie, dominują mocne oznajmujące zdania i proste recepty. Jak dla mnie - za proste. I chyba za nachalne.
Z drugiej strony jednak - zdaję sobie sprawę, że taki jest ten dzisiejszy świat - wymaga prostych zdań, wpadających w ucho sloganów. Może tak będzie wyglądać mowa następnych pokoleń? Może przyzwyczaimy się do czatowych skrótowców, wszechobecnych określeń angielskojęzycznych w stylu "cool, "funny", "trendy"?... Może?... Myślę, że wszystko ku temu zmierza.
Jednak ja wierzę jednocześnie, że życie wymusi różnorodność. Wszak nie wszystko da się uprościć i ubrać czaderskie hasła. Wierzę też, że również w świecie który nadchodzi, pojawią się style edukacyjne w bardzo różnych wydaniach - reklamowo - hasłowym, czyli uproszczonym - dla niezbyt zaawansowanego odbiorcy. Ale będzie także styl wyważony, spokojny, gdzie każde słowo znaczy - to co znaczy, czyli bez konieczności dowiązywania mu emocjonalnego ciężarka, czy balonika z helem. Bo upraszczanie spraw, umieszczanie ich w silnie emocjonalnym otoczeniu bardzo często zakłamuje istotę, bo pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać "cool", bo są pewne prawdy i mechanizmy, które muszą być przepracowane - żmudnie, ciężko, z bólem głowy i karku. Ale pewnie też dlatego zawsze będzie elita tych którzy więcej rozumieją, którzy widzą dziesięć poziomów emocji, tam gdzie większość dostrzega zaledwie trzy.

I będzie też nowa edukacja z prawdziwego zdarzenia. O dwa poziomy lepsza. Skuteczniejsza. To nie takie trudne. Gdy patrzę na możliwości jakie wykorzystują dzisiejsze podręczniki, czy metody dydaktyczne, to żal człowieka ściska... Widać całe wielkie obszary niewykorzystanych możliwości. A przecież... wystarczy sięgnąć ręką. 
W dobie komputerów i Internetu można nauczyć ludzi tego samego 2 - 3 razy szybciej. I lepiej. Państwa i organizacje, które to zrozumieją i wprowadzą w życie wynikające stąd wnioski, będą miały ogromną przewagę nad resztą świata. 

Bo przyjrzyjmy się co tak naprawdę limituje lepszą jakość życia i pracy - technologia? - ona sama to może połowa. A prędzej jedna trzecia. W końcu z możliwości edytora Word przeciętny użytkownik stosuje 5%, większość osób nie ma zielonego pojęcia co tak naprawdę potrafi ich telefon komórkowy. A przecież tym co naprawdę ważne w pracy biznesmena, czy fachowca z prawdziwego zdarzenie, to dostęp do rzetelnej informacji, a do tego podanej w sposób maksymalnie przystępny. Dla tych specjalistów, których godzina pracy kosztuje dziesiątki dolarów, nie liczy się cena za informację (oczywiście mówimy o ogólnie "rozsądnych" cenach), tylko czas w jakim ta informacja będzie mogła "zapracować" i na ile będzie można na niej polegać. 

Dlatego prorokuję (to jest dopiero to główne proroctwo na dzisiaj):
Firmą nowych czasów, firmą nowego świata będzie...
   WYSZUKIWARKA INTERNETOWA GOOGLE!!!
Nie tam żaden Microsoft, nie ten czy wielki "teleokom". Już dziś, jak się czegoś nie wie, to się idzie poguglować, A nadejdą czasy, gdy guglować będziemy po wszystko - gdzie kupić bułki, w jakim mieście urodził się Napoleon i czy warto inwestować w obligacje rządu Rodezji. Google zaś przestanie po prostu wyrzucać nam nawał stron witryn internetowych o bardzo zróżnicowanej użyteczności, lecz opracuje dla nas metody odpowiedzi na pytania. Po prostu - będzie prawie tak jak z odpowiedzą fachowca. Choć może odpowiedzi na pewne szczególne pytania będą, albo płatne, albo limitowane dla wybrańców.
Z resztą Google już został wybrany firmą roku. Tyle że mało kto wie, że tak naprawdę jest to firma stulecia...

A wracając na koniec do zacytowanej wcześniej książki. Mimo swojej przerysowanej maniery wypowiedzi, nie była ona głupia - też wieszczy to samo co ja w tym eseju - początek nowej ery - ery wiedzy i edukacji.

Dodane do serwisu 29 marca 2004

 

Seksizm w Media Markt?...

Z racji mojego zainteresowania komputerami i sprzętem audio bywam co jakiś czas w sklepach koncernu handlowego M1, a konkretnie w znanym i reklamowanym Media Markt. Ostatnim razem wybrałem się po odbiór odbitek zdjęć cyfrowych wykonanych rezydującym tam Foto Labie.

Od razu chcę się zastrzec, że nie przepadam za wizytami w Media Markt. Przyczyna jest dość banalna - traktowanie klientów przez ochronę sklepu. Parę przypadków wskazuje na to, że wspomniana firma nie ma jakość szczęścia do bodygardu. W swoim czasie w Internecie głośny był opis klienta, który z powodu podobieństwa do domniemanego złodzieja został przez ochroniarzy brutalnie pobity. Myślę sobie - to był "wypadek przy pracy" - wiadomo, tyle kradną wokoło, więc zbyt łagodnie się nie da... Jednak mój ostatni kontakt z ochroną tego sklepu, oprócz tego, że niesympatyczny i rzucający niezbyt dobre światło na "smutnych" panów z MM, nasuwa mi jednoznaczne skojarzenia z dyskryminacją płciową i seksizmem. Już wyjaśniam o co mi chodzi.

Wchodząc do sklepu miewam zazwyczaj ze sobą sporo drobiazgów - komórka (Nokia 5510 jest całkiem spora), gruby portfel (szkoda, że nie od pieniędzy, tylko od różnych świstków), często aparat cyfrowy, a w zimie rękawiczki, czapka. Standardowo wszystko noszę w plecaczku. Jest to taki mały plecaczek, którego główną zaletą jest lekkość i poręczność, bo pojemność ma nie większą niż średnia - mała torba na ramię.. Jeszcze jednym powodem jego wybrania był fakt, że ochroniarze z MM w żaden sposób nie chcieli mnie przepuścić z plecakiem większym i żądali zostawienia wszystkiego w depozycie. Ale co mi z komórki leżącej w depozycie, jeśli chcę coś skonsultować odnośnie zakupu?... Poza tym portfel z dokumentami w depozycie?... - sklep za to nie weźmie gwarancji. Więc co chodzić po sklepie w ubrani z kieszeniami rozdętymi na maksa?

A ostatnim razem, dowiedziałem się, że nawet ten malutki plecak nie może być wniesiony na teren sklepu. Rozżalony, zacząłem dopytywać się ochroniarza:
- to w czym mam nosić komórkę i portfel? Jaką formę zasobnika na przedmioty uznałby Pan Ochroniarz za prawidłową?

Odpowiedź była jedna i uporczywie niezmienna:
- damską torbę.

Tak! - tylko damski ekwipunek jest dozwolony w Media Markt. Pan Ochroniarz był nieugięty na moje argumenty i w ogóle zbył mnie stanowczo. To, że duża część owych damskich toreb jest pojemniejsza od mojego plecaczka - nie gra roli, to że w ogóle do plecaka na grzbiecie trudniej jest coś wrzucić niepostrzeżenie, niż od torby (gdybym chciał kraść oczywiście) - też. Jeśli twoja torba nie jest wystarczająco damska - do sklepu nie wpuszczą!

A to jest właśnie seksizm! Dyskryminacja płciowa! Dlaczego męskie modele zasobników są niedozwolone? Czyżby faceci byli w tym sklepie niemile widziani?
Tak się przy tym zastanawiam - czy braki w pomyślunku Panów z Ochrony wynikają z braku nadzoru, czy może z nadmiaru tegoż (bo są tak zestresowani ciągłymi pretensjami szefów, że boją się sami myśleć). Wiem, że walka ze złodziejstwem wymaga pewnych wyrzeczeń (również od klientów). Ale niech będą to wyrzeczenia z sensem!
Na przyszłość zaś będę wiedział - nie torba (bo może okazać się niewystarczająco "damska") i na pewno nie plecak. Kupię gdzieś kurtkę z wielkimi kieszeniami. Chyba nie każą mi się rozbierać? A gdybym chciał coś ściągnąć z lady, to byłby to najlepszy z możliwych ekwipunek (szkoda, że jakoś do złodziejstwa mnie nie ciągnie, bo przy takiej polityce ochrony sklepu, "aż się prosi" trochę pokleptomanić)!

15 lutego 2003

PS.
W swoim czasie, mając znowu potrzebę kupienie czegoś w MM zabrałem specjalnie przygotowany na tę okazję sakwojaż - taki rzeczywiście damski w stylu. 
I fakt - udało się mi się wejść bez zbędnych tłumaczeń. Szczęśliwy zacząłem rozglądać się po sklepie. Wkrótce jednak zorientowałem się, że jeden z panów jakoś tak uważnie, "życzliwie" mi się przygląda i uśmiecha. Też się uśmiechnąłem, ale... tak coś mnie tknęło...
Nie to żebym zaraz miał coś przeciwko osobom o odmiennej orientacji - wcale nie. Ale mój brak uprzedzeń nie jest na tyle duży, abym sam do owej grupy "kochających inaczej" chciał przynależeć. A nie chciałbym niektórym osobom robić złudnej nadziei. Tak więc raczej szybko zakończyłem moją wizytę w tym sklepie i od tej pory nie chodzę ową torebką "pedałką" do sklepów, a Media Markt raczej omijam.

PS 2.

Ostatnio (rok 2004) już nie jestem w Media Markt zaczepiany w tym sklepie z powodu małego plecaczka. To pocieszające, że jednak ludzie myślą i zmieniają się . (uzupełnienie - listopad 2004)