Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

 

Jak cię piszą, każdy widzi

Komentarze, felietony - archiwum
Polityka, obyczaje | Etyka, filozofia | Biznes, prawo | Edukacja | Gospodarka | Media | Inne | Nauka, technika, informatyka

Dział komentarzy i recenzji

Recenzje wydawnicze

Słowa kluczowe - Wiesław Babik

Filozofia (w) fizyce - Jarosław Kukowski

Epistemologia - Jan Woleński

Komentarze o szkole i edukacji

Komentarze związane z etyką i psychylogią

Komentarze polityczne 

Komentarze o mediach  

 

Filozofia
Dłuższe opracowanie

O pojęciu prawdy

Fundamentalizm i libertynizm

Mrzonki ateizmu

Opowiastki filozofujące

Krótkie myśli

Komentarze

O myśleniu twórczym

Liryka
Liryka fizyka

 

Droga życia

Przestrzeń

 

Blogi różne

Dlaczego wolne oprogramowanie...

Komentarze związane z etyką i psychologią

Komentarze o szkole i edukacji

 

Spis treści

O chamskich reklamach raz jeszcze
Promocje dla naiwnych
  
O reklamie i dewaluacji słowa

Aroganckie reklamy

Granica nachalności
GSMagogia - o szkodliwości (lub snie) używania telefonów komórkowych i kilka uwag na temat portalu temu problemowi poświęconemu
 Reklamowa paranoja
Czy to na serio
Cool, czyli chłodno o wypasionych reklamach
Reklama, czy antyreklama? - głos o spamowym biznesie...
(Anty)reklamowe rozważania
Bandyta z Internetu, czyli jak się pisze niusy
Nowa generacja wirusów komputerowych
O obrażalskich, (bez)prawiu, Internecie i ewolucji
Kreskówki nadzieją kinematografii?
Klan bawi i leczy
Pytanie o zbrodnie w Jedwabnem

Promocje dla naiwnych

Ostatnio miałem zamiar dokonać pewnego zakupu sprzętu elektronicznego. Nic specjalnego - ot, takie niedrogie "kino domowe". Zależało mi na pewnych podstawowych parametrach i niskiej cenie. Zacząłem od studiowania gazetek reklamowych i oczywiście - zrobiłem obchód pobliskich marketów z elektroniką (jako mieszkaniec Warszawy jestem w tej uprzywilejowanej sytuacji, że mam tu spory wybór, więc miałem niezły materiał do porównań). I co mnie w tym wszystkim uderzyło?...

- To, że ogłaszane promocje to "pic na wodę"!

Już wyjaśniam tę moją ocenę. 
Otóż byłem w 4 różnych marketach, reklamujących tanie kina domowe. W jednym akceptowany przeze mnie towar - owszem był. I nawet w dobrej cenie. Ale wisiała na nim etykietka - SPRZEDANE. Niby jest kupienia, a nie kupisz... Byłem tam również za kilka dni - dalej ten sam model na wystawie i ta samy wywieszka. Choć nikt jakoś po ten "sprzedany" model się nie kwapi...
W drugim markecie nie było sprzętu, ale można było obejrzeć sobie wielką wywieszkę z ceną. I owszem - atrakcyjną. Chętnie bym kupił, ale do kupienia naprawdę były tylko znacznie droższe i mniej atrakcyjne modele. 
Jeszcze ciekawsza sytuacja była w trzeciej sieci. Wypatrzyłem na wystawie atrakcyjne kino domowe w dobrej cenie. Wołam sprzedawcę i proszę go, aby mi zapakował towar. Uprzejmy Pan powiada: Ależ oczywiście! Tylko sprawdzimy w komputerze, czy jest w magazynie już gotowy - zapakowany. Coś tam Pan postukał w klawiaturę i... Niespodzianka! Nie tylko, że w magazynie towaru nie ma, ale ten z wystawy - też już jest "sprzedany". Co prawda Pan uprzejmie mi zaproponował, że sprawdzi w komputerze, czy może ten model jest w innym sklepie sieci. I owszem był - w Poznaniu... (taki naiwny nie jestem, żeby tracić dzień i pieniądze na wyjazd do Poznania, gdzie pewnie sytuacja okazałoby się analogiczna). Ale największe zaskoczenie w związku z tym modelem miałem następnego dnia - gdy w jednej z gazetek reklamowych ujrzałem go jako aktualnie reklamowany. Był tam - i owszem, z ceną, z parametrami, zdjęciem. Poszedłem też do tego sklepu za kilka dni. Znowu - ten sam "sprzedany" towar na wystawie wciąż sobie stał - nikt go nie zdjął, a "nabywca" nie pokwapił się po odbiór (czyżby wydał pieniądze tylko z nadmiaru ilości waluty na koncie?...). Sieć więc się wciąż chwali, że ma taką atrakcyjną "ofertę". I pewnie naiwni przyjdą do sklepu. Tanio nie kupią, ale może się wtedy skuszą na coś, co da sklepowi lepszy zysk...
W czwartym markecie nie było oszustwa na pseudopromocjach, ale tez w tym segmencie produktowym nie było nic ciekawego do kupienia. 
I tak dalej. Ostatecznie musiałem kupić towar znacznie droższy. Nie było tragedii. W końcu jedyne co tak naprawdę straciłem to...
zaufanie do twórców marketowych reklam.

Dziś więc już zupełnie przestałem wierzyć gazetkom reklamowych. Bo jak sobie wspomnę wcześniejsze "promocje", to ile razy coś naprawdę atrakcyjnego w gazetce znalazłem, to i tak nie udało mi się tego towaru naprawdę kupić. Zawsze okazywał się być niedostępny. Może faktycznie jest parę sztuk dla uprzywilejowanych, lub tych co stoją w kolejkach przed sklepem od 6 ej rano (jak za komuny). Ale żeby normalnie pójść i kupić... zapomnij! 

Fachowcy od marketowej reklamy nabijają nas w butelkę, robią w bambuko, albo i "na szaro" . Jak my klienci możemy się bronić? 
- Ależ to zupełnie proste - nie wierzyć zbytnio w promocje - zakodować prosty fakt: ponad połowa z nich to pic!
W każdym razie ja - wierzyć już przestałem - kupuję to co jest, kiedy widzę, że mogę kupić realnie, a reklamowe gazetki - coraz częściej bez czytania wyrzucam do śmieci.

Michał Dyszyński dodano do serwisu 5 lutego 2006

 

 

O reklamie i dewaluacji słowa

Jak to pisałem poprzednio, dane statystyczne pokazują, że inflacja w Polsce jest niska. Z tym faktem trudno jest się spierać. Jednak, choć nasz pieniądz jest wart coraz więcej (przynajmniej np. w relacji do dolara, czy euro), jest coś co w wyniku owych sławetnych przemian po roku 1989 zdewaluowało się wyjątkowo mocno – tym czymś jest SŁOWO.

Może najpierw powiem jak to bywało kiedyś. Kiedyś człowiek, który coś mówił – z własnej, nieprzymuszonej woli – za punkt honoru utrzymywał aby słowa te były zgodne z prawdą. Oskarżenie o kłamstwo było POWAŻNĄ obrazą. Owszem, zdarzały się nadużycia, ale było to odstępstwo od normy, a nie rzecz normalna (z wyjątkiem oczywiście np. komunistycznej propagandy). Dzisiaj mamy sytuację odwrotną – dziś człowiek, który stara się mówić prawdę, który nie naciąga jej pod kątem jakiejś tam „polityki” jest dziwakiem i odmieńcem. Kłamie się wszędzie – w rozmowach telefonicznych („kolegi dzisiaj nie będzie w pracy” – choć siedzi obok, ale po prostu nie chce z delikwentem rozmawiać), w reklamie (nie będę podawał przykładu, bo wszyscy je świetnie znają) w umowach, w polityce (w końcu to przecież „polityka”). Wszyscy już wiedzą, że inni kłamią, że słowa znaczą coś obok ich treści (czasem coś wręcz przeciwnego tej treści), albo służą jakiemuś innemu celowi, więc gra nie toczy się już o to, czy to prawda, czy nie, ale o to, jak daleko ktoś się posunął w swojej manipulacji. Granica kłamstwa przesunęła się i ludzie się dostosowali. Bardzo jest ciekawe – jak?

Nieraz z moim kolegą rozmawiam o reklamach wyświetlanych w telewizji. I mamy ciekawe spostrzeżenia. Otóż rozpoznajemy reklamy. Jak najbardziej. Rzadziej znacznie rozpoznajemy co one reklamują. Jeszcze rzadziej potrafimy reklamie przyporządkować konkretną markę. Najczęściej w rozmowach mówi się – a wiesz, to była „jakaś” reklama piwa. Ale już żadnemu z nas do głowy nie przyjdzie kupować reklamowany produkt! Po co?!! Przecież i tak wiadomo, że to kłamstwo, „pic na wodę”, to taka gra w udawanie, że ów produkt jest rzeczywiście atrakcyjny. Ja osobiście nie przypominam sobie, abym od lat kupił jakikolwiek produkt zachęcony jego reklamą. Jeśli już, to dlatego, że nie było innego, albo dlatego, że z innych (nie reklamowych) powodów wiedziałem, że ten zakup ma sens. 
Wszechobecna świadomość kłamstwa wśród ludzi ma swój wymiar finansowy. Przynajmniej w reklamie. Skuteczność reklamy maleje, bo reklama posługuje się słowem. A słowa się zdewaluowały. Więc trzeba reklamy więcej, droższej, aby osiągnąć ten sam cel. Aby nakłamać tak sprytnie, że się jeszcze nie zorientują...

Słowo się zdewaluowało prawie wszędzie, także w biznesie, w ludzkich kontaktach osobistych. Skoro nie wiadomo, co się kryje, za taką czy inną wypowiedzią –  czy przekazywana treść, czy jej przeciwieństwo, to jakoś z tym trzeba żyć. 
Tworzymy sobie co najwyżej enklawy normalności – staramy się nie oszukiwać najbliższych (przynajmniej niektórzy w swoich rodzinach są w stanie żyć bez oszustwa), w niektórych środowiskach biznesowych (np. krąg znających się rzemieślników). Tam znowu po staremu wystarcza po prostu SŁOWO – „powiedziałem, że przywiozę towar”. I wszyscy wiedzą, że ten właśnie człowiek PRZYWIEZIE TOWAR. Nie dlatego, że grozi mu sąd, że ktoś ma na niego „haka”. Przywiezie, bo jego słowo ma rzeczywistą wartość (ale gdyby jednak nie przywiózł, to może być pewien, że środowisko szybko się o tym dowie...). Zaufanie to kapitał w owym środowisku - wiara innych ludzi w słowo owego człowieka. To kapitał, który pozwala szybko załatwiać sprawy – na telefon (na słowo), a nie na dziesięć umów z zabezpieczeniami, groźbami karami i narzutem pracy sprytnych prawników. Ta uczciwość w kręgu biznesowych znajomych wydatnie zmniejsza koszty - na prawników, na zabezpieczenia dodatkowe, na stracony czasu. W tej uczciwości kryją się - wymierne finansowo - korzyści.

Ale ogólniej mówiąc, w dzisiejszych ludzie którzy nie kłamią (przynajmniej starają się nie kłamać tak w większości sytuacji), to swego rodzaju arystokracja ludzkości - elita w duchowym sensie. Ludzie, którym można wierzyć. Ludzie PRAWDZIWI. I jak każda elita, ta też jest nieliczna...

Michał Dyszyński dodano do serwisu 22 stycznia 2006

 

Aroganckie reklamy

"Weź udział i wygraj!", "Kup teraz!", "Zamów już dziś!" - oto wybrane teksty reklamowe.

Mnie takie teksty denerwują. Jeśli widzę w mojej przeglądarce okno z podobną reklamą, to ją bez czytania ze złością zamykam. Z jakiej racji redaktor w agencji reklamowej mówi mi na "ty"? I to jeszcze w trybie rozkazującym!?...

Nie wiem jak inni czytając, ale dla mnie to ewidentna arogancja. Nieuprzejmość wysokiego lotu. W końcu bruderszawtu z twórcami reklam nie piłem, a w polskiej tradycji do nieznanych osób nie zwykło się od razu mówić na "ty". Nie wiem, może reszta polskiego społeczeństwa ogólnie lubi jak mu się rozkazuje, ale ja chyba nie jestem takim absolutnym wyjątkiem. Myślę, że pokrzykiwanie na przyszłych klientów nie każdemu się podoba. A poufałe "poklepywanie po plecach" przez nieznajomych też nie jest w dobrym tonie. Z resztą - nie wiem. Może jakaś część odbiorców reklam to lubi. Ale nie ja.
Wg mnie zasady dobrego wychowania obowiązują przy dowolnym przekazie. W treści i w formie. I z tym mówieniem po imieniu też można inaczej. Uprzejmiej. Jak się poznamy, to może będziemy sobie mówić poufale. Ale jeszcze nie dziś...

Dlatego w podobnych sytuacjach odwracam głowę i po cichu ripostuję po adresem twórców reklamy: Spadaj chamie!

Michał Dyszyński dodano do serwisu 21 września 2005

 

Granica nachalności

Przyznam, że dość interesuję się branżą reklamową. I marketingiem. Jednocześnie... nie znoszę reklam!
Gdy jest przerwa reklamowa w TV w 99% przypadków wychodzę, albo zmieniam kanał, produkty silnie reklamowane omijam przy zakupach (wychodząc z założenia, że kupując taki produkt muszę dodatkowo zapłacić za jego drogą reklamę, a więc - zapewne przepłacam), zaś surfując po internecie używam przeglądarek z wyłączoną technologią flash. Ktoś powie: pomieszanie z poplątaniem - nie lubić reklam, a jednocześnie interesować się nimi...

A odpowiedź na pytanie: dlaczego tak? - jest prosta. Wiąże się ona z przekroczeniem granicy nachalności. Wszystko co robimy, tworzymy może być realizowane z różnym natężeniem - kota można głaskać delikatnie (zbyt delikatnie, spowoduje, że odczuje to "głaskanie" jako nieprzyjemne drażnienie i łaskotanie), normalnie i mocno - czyli gniotąc biedne zwierzę. Głaskanie ma swój zakres, w którym kot odczuwa je jako przyjemne. Podobnie jest z jedzeniem - za mało - człowiek jest głodny, za dużo - choruje, tylko racjonalne odżywianie zapewnia dobrą formę. I tak jest niemal w każdej dziedzinie naszej działalności. W reklamach też. Jest też granica, powyżej której wszystko zniechęca, wszystko jest agresywne. 

Niestety, reklamą rządzi dość nieuporządkowany biznes. Media chcą zarobić, więc starają się zdobyć jak największą liczbę reklamodawców. Dużo reklamodawców, to dużo reklam. Jedna na drugiej, jedna po drugiej - ciągły nieprzerwany strumień informacji w 99% zbędnych. Mamy totalne przeładowanie przekazu medialnego reklamą. A w dalszej konsekwencji wytwarzanie się u odbiorców odruchów obronnych, ucieczkowych u odbiorców...
I chyba jest zrozumiałe - dlaczego te odruchy obronne występują. Mniej zrozumiałym jest, dlaczego w branży reklamowej wciąż nie widać zmian na lepsze - tzn. odciążenia mediów przeładowanych reklamą, lepszym adresowaniem przekazu, słowem ucywilizowania tej reklamowej nachalności. Dlaczego jest tak kiepsko?

Otóż wg mnie cała ta sytuacja wynika to głównie z reguł reklamowania samej oferty reklamowej. Bo pozyskanie reklamodawców przez agencje samo podlega reklamie. Producent butów, czy lodówek nie wie jaka kampania reklamowa będzie skuteczna, jaki reklamodawca zapewni mu sukces. A rynek ofert reklamowych jest bogaty. I każda agencja reklamowa, wydawca, stacja telewizyjna twierdzi, że jej oferta jest najbardziej korzystna, wszak trzeba ściągnąć i utrzymać klienta, więc wciska się mu kit, aż do bólu. Klient też chce mieć "gwarancję profesjonalizmu" (najczęściej w celu zabezpieczenia się przed zarzutami zwierzchników), więc wybiera agencje najbardziej modne, czy najlepiej się same reklamujące. Agencje wkładają wiele wysiłku w reklamowania samych siebie i działają silnie pod kątem. W tym wszystkim skuteczność samej kampanii reklamowej często schodzi na dalszy plan (tym bardziej, że wciąż nie dorobiono się dobrych metod pomiaru tej skuteczności) - ważniejsze staje się to, żeby reklama "wyglądała profesjonalnie", niż żeby była rzeczywiście skuteczna. W efekcie mamy zalew sztampowych (choć od strony "profesjonalnej" poprawnych, lub nawet "wypasionych" i "kreatywnych") reklam, gigantyczne dochody małej grupy rekinów rynku reklamowego (którzy wkupili się w łaski klientów), przy niskiej skuteczności samego przekazu marketingowego i mizerii finansowej agencji mniej modnych.

Badania wykazują, że Internet wypiera (choć powoli) tradycyjne media. Ludzie wolą korzystać z Sieci, zamiast biernie oglądać program TV, spada czytelnictwo prasy. Jednak potencjał reklamowy Internetu jest słabo wykorzystywany. A do tego chyba ŹLE wykorzystywany. Tym co naprawdę jest niedoceniane, to reklama branżowa. Jest to reklama w miejscu, gdzie już zainteresowany klient trafił - szuka dachówek, to reklamy powinny być na stronach dotyczących dachówek, szuka sprzętu audio, to reklamy powinny być na stronach serwisów audio. Tymczasem branżowe pisma i witryny internetowe są wyraźnie niedocenione. Mimo, że to właśnie tam reklama jest najskuteczniejsza.
I jeszcze jedno - informacja o produkcie.  Nieraz zdarza mi się poszukiwać informacji o właściwościach  interesującego mnie produktu. Jego reklamy - owszem są, natomiast dowiedzenie się, o najbardziej podstawowych sprawach jest bardzo trudne. Tymczasem od kiedy mamy Internet, zamieszczenie takich informacji jest dziecinnie proste. I kosztuje niewiele. Niestety, od jakiegoś czasu uczciwe informowanie o własnościach produktu zostało w dużym stopniu zastąpione przez krzykliwe i buńczuczne "naszym produktem zrobimy ci dobrze!" - bez liczenia się z rzeczywistymi wymaganiami użytkownika. 

Michał Dyszyński 19 marca 2005, poprawione 21 marca 2005

 

 

GSMagogia

Powstał nowy portalik o zainteresowaniach edukacyjnych - http://www.gsmscience.pl . Autor tego artykułu początkowo się z tego ucieszył (mimo, że to w pewnym sensie edukacyjna konkurencja...) - pomyślał sobie: może się czegoś ciekawego da dowiedzieć, może pojawią się jakieś rzadko publikowane dane?... Ale po zapoznaniu się z treścią portalu entuzjazm wyraźnie osłabł...

Jak to jest z tym komunikacyjnym biznesem?

Firmy posiadające sieci komórkowe są jednymi z najbardziej dochodowych. W końcu, po (trzeba przyznać kosztownym). początkowym etapie rozwoju firmy związanym z budową samej sieci, następne lata to zbieranie finansowej śmietanki - ludzie płacą miesięcznie gigantyczne kwoty (sumarycznie rzecz ujmując), aby tylko mieć możliwość swobodnego komunikowania się. Dlatego nie jest wielką tajemnicą fakt, że aktualnie wszystkie polskie firmy obsługujące telefonię GSM mają gigantyczne przychody i wyjątkowo duże zyski. A tam gdzie są duże pieniądze, są też duże emocje i bardzo często myślenie hmmm... po linii dochodów...

W przypadku technologii GSM istotnym problemem jest strach użytkowników przez promieniowaniem. Wiele ludzi boi się komórek, które przecież wytwarzają fale elektromagnetyczne o niebagatelnych mocach. A skoro się boją, to nie kupują telefonów, nie rozmawiają i nie dostarczają dochodów firmom telekomunikacyjnym. Z przyczyn biznesowych dobrze więc byłoby ów strach zmniejszyć, a najlepiej zlikwidować. Np. poprzez "rzetelne dane naukowe". Portal gsmscience.pl deklaruje takie właśnie podejście do kwestii promieniowania telefonów komórkowych - rzetelne dane naukowe. Deklaruje, ale czy spełnia?

Moim zdaniem - niestety NIE.
Uważam, że sposób prezentacji treści na ww. portalu kwalifikuje twórców raczej do miana sprytnych zarządców ludzkimi wyobrażeniami, niż do popularyzatorów rzetelnej wiedzy. Co się na to składa?
- Przede wszystkim demagogiczny sposób prezentacji treści

Wiedza jednostronnie podana

Portal deklaruje na wstępie swoje kredo: Nie "demagogia, nie emocje, lecz rzetelne argumenty". Niestety, treść jaką dalej oferuje jest dokładnym przeciwieństwem tego hasła. Już po kilku akapitach przeczytanych tekstów na owym portalu można się domyślić, kto finansuje jego działalność - widać z treści, że chodzi głównie o to, aby "rozproszyć" obawy czytelników o własne zdrowie (oczywiście w związku z faktem z wykorzystywania telefonu komórkowego), a nie o to, aby rzetelnie i bezstronnie rozpatrzyć argumenty. Najbardziej uderzył mnie skrajnie demagogiczny układ tabelki ZA i PRZECIW zagrożeniom związanych z telefonami komórkowymi. ZA jest utrzymane w tonie naukowym - "liczby", "fakty", "konkrety"; PRZECIW - to same "głupie strachy" - że ktoś się boi masztu telefonii, że mu przeszkadzają te konstrukcje tak "ogólnie". Jednym słowem wychodziłoby na to, że kto jest ZA - ten mądry, a kto PRZECIW, to taki przestraszony "chłopek - roztropek", albo może przysłowiowa "baba z magla" (przepraszam za ten wyniesiony z porzekadeł stereotyp - użyłem go, choć wcale nie uważam kobiet pracujących w maglu za mniej wartościowe).

Tymczasem z tą szkodliwością telefonów komórkowych nic nie jest takie proste i oczywiste. I wcale nie jest pewne, że owa strategia tendencyjnych "informacji" ostatecznie opłaci się sieciom komórkowym. Na krótką metę - może tak, ale na dłużej... Podobnie przecież było ze szkodliwością palenia tytoniu - firmy papierosowe robiły wszystko, aby informacje o zagrożeniach nie dotarły do opinii publicznej. A teraz muszą płacić miliardowe odszkodowania ludziom, którzy poczuli się oszukani przez niegdyś emitowane reklamy. Wiele koncernów jest poważnie zagrożonych w swoim istnieniu. Tak samo może zdarzyć się z telefonami - po paru latach milczenia, gdy nagle okaże się, że znacząca liczba osób ma problemy zdrowotne związane z używaniem "komórek", przyjdzie firmom telekomunikacyjnym zmierzyć się ze znacznie większym strachem ludzi i znacznie poważniejszym zagrożeniami finansowymi.

Ktoś czytający te słowa mógłby pomyśleć, że ich autor jest przeciwko telefonii komórkowej. Jest to mylna diagnoza. Autor posiada telefon komórkowy, ma go też jego żona. I co jakiś czas z tego telefonu korzysta (żona też). Ale...
Ale jednocześnie autor zdaje sobie sprawę, że problem jest ZŁOŻONY. I są REALNE ZAGROŻENIA. Czy duże?
- Tego do końca autor nie wie. Ale na pewno są.

Co jest problemem w przypadku pól elektromagnetycznych emitowanych przez telefony komórkowe?

Po pierwsze - mimo, że energia telefonu nie jest szczególnie duża, to aparat jest podczas rozmowy trzymany bardzo blisko ciała, a w stanie czuwania godzinami, non stop promieniuje w pobliżu jakiegoś ludzkiego organu. Na krótką metę, przy sporadycznym używaniu urządzenia, zagrożenia wydają się być niewielkie - w końcu każdy podlega różnym rodzajom promieniowania i organizm musi sobie z tym zjawiskiem jakoś radzić. Jednak wieloletnie trzymanie takiej małej stacji nadawczej wciąż w tym samym miejscu blisko ciała, musi mieć jakiś wpływ na metabolizm tkanek organizmu. A jeszcze większy wpływ ma miejsce w przypadku trwającej rozmowy przez telefon komórkowy - wtedy emitowana energia fal jest wielokrotnie większa, a dodatkowo oddziaływuje ona na układ nerwowy - bardzo wrażliwy na bodźce elektromagnetyczne - jako, że sam tego rodzaju bodźce wykorzystuje do swojego działania.

Jak to jest z tym wpływem promieniowania elektromagnetycznego na organizm człowieka? Czy nie ma powodów sądzić, że tego rodzaju energia może szkodzić? Właśnie rzetelne dane mówią, że zdecydowanie "jest coś na rzeczy".
Znane są przypadki masowych zachorowań ludzi narażonych na silne promieniowanie elektromagnetyczne - pracowników nadajników radiowo - telewizyjnych, członków obsługi stacji radarowych. Stosunkowo mało dokuczliwym efektem może być wpływ na układ rozrodczy - potomstwo osób stale narażonych na promieniowanie wykazuje wyraźną przewagę osobników płci żeńskiej, co wynika z faktu, że męskie plemniki są bardzie wrażliwe na uszkodzenie. Większym problemem są tu jednak nowotwory - bo choć niebezpieczeństwo narasta latami, to jednak z każdym miesiącem pochłanianej dawki prawdopodobieństwo zachorowania wzrasta.

Na szczęście jak do tej pory nie słyszy się o naprawdę poważnych i masowych zachorowaniach spowodowanych promieniowaniem telefonów komórkowych. Nie słyszy się, ale nie wiadomo czy jakiś nowotwór z tym związany po cichu się nie rozwija - wszak wiadomo, że te procesy trwają nieraz wiele lat. Ogólnie bezsporne jest, że osoby narażone na stałe, silne dawki promieniowania elektromagnetycznego mają znacznie zwiększone ryzyko zachorowań na niektóre choroby - w szczególności nowotwory oraz schorzenia układu rozrodczego. Niejasna jest też sprawa interakcji częstych dawek promieniowania o wysokiej częstotliwości z układem nerwowym człowieka. W każdym razie na pewno warto jest być ostrożnym w tym względzie.

Teraz oczywiście pojawia się podstawowe pytanie:
Czy ta energia jaką wytwarzają telefony komórkowe JUŻ jest niebezpieczna?
- Jak na razie, mocnych doniesień na temat wyraźnego niebezpieczeństwa - brak. Z drugiej strony, szkodliwość azbestu została wykryta dopiero po kilkudziesięciu latach jego stosowania (teraz w większości krajów rozwiniętych jego stosowanie jest zabronione). Podobnie świadomość szkodliwości palenia tytoniu "wykluwała się" długo. Wiec może lepiej jest być ostrożnym, tym bardziej że są dość wyraźne poszlaki, na niepokój w tej materii.

Własne odczucia Autora

Autor jest przekonany, że wykorzystywanie urządzeń emitujących silne, bądź średnie ale przez dłuższy czas dawki promieniowania elektromagnetycznego powinno być bardzo starannie badane i kontrolowane. Opiera to nieco na wiedzy fizycznej, ale także na własnym doświadczeniu. Tak się składa, że dłuższa rozmowa przez telefon komórkowy objawia się u niego wyraźnym, utrzymującym się przez kilkadziesiąt minut bólem głowy w części, w której trzymany był telefon. Podobny efekt zgłaszała też jedna z koleżanek. Na szczęście ów ból nie trwa długo i nie jest szczególnie silny. Ale jest. Większość osób na szczęście nie skarży się na tego rodzaju dolegliwości. I bardzo dobrze. Tylko powstaje pytanie: Nie skarży się, bo promieniowanie w żaden sposób na nich nie działa, czy może po prostu działa w sposób niewykrywalny?...
W każdym razie, skoro u niektórych taki ból powstaje, to musi mieć jakąś przyczynę. I chyba warto jest tę przyczynę zbadać. Ale rzetelnie! Bez odgórnych nacisków jakie "powinny" wyjść rezultaty.

Przypadek ukrywania szkodliwości palenia tytoniu pokazuje, że w przypadku zaangażowania dużych pieniędzy po jednej ze stron zainteresowanych wynikami badań, dość trudno jest przeforsować ich obiektywny charakter. Bądźmy więc czujni.

Jak się zabezpieczyć przed możliwymi niebezpieczeństwami używania telefonów komórkowych?

Autor niniejszego artykułu zdaje sobie sprawę z tego, że w dzisiejszym świecie telefon komórkowy stał się niemal niezbędny. Na pewno jest użyteczny, wygodny, a często atrakcyjny jako gadżet (miewa aparat cyfrowy, dyktafon, często terminarz czy inne funkcje małego komputerka). Dlatego chyba nie warto z niego rezygnować z powodu samej niepewności, z powodu strachu na wyrost. Ale można też używać go tak, aby minimalizować zagrożenia. Jak?

po pierwsze - rozmowy z telefonem przy uchu powinny trwać jednak możliwie jak najkrócej (mimo, że to nie spodoba się firmom GSM, które na czasie trwania rozmów zarabiają)

znacznie bezpieczniej jest rozmawiać dzięki użyciu zestawu głośnomówiącego - w takiej sytuacji główna antena telefonu jest oddalona na znacznie większą odległość, a to oznacza, że energia fal oddziaływujących na człowieka spada dziesiątki, albo nawet setki razy

zdrowsze jest noszenie telefonu w torbie, czy aktówce niż bezpośrednio przy ciele

sms-y i mms-y wymagają znacznie mniej energii do wysłania treści niż rozmowa. Dlatego dobrze jest korzystać z nich jako nośnika przekazu wszędzie tam, gdzie bezpośrednia rozmowa nie jest niezbędnie potrzebna

różne telefony mają różne wartości energii jakie promieniują w tych samych warunkach. Warto się zainteresować tymi danymi przed decyzją o zakupie telefonu

technologie telefonów nowszej generacji (np. UMTS) są bezpieczniejsze niż stary GSM. Wynika to z faktu, że stacje bazowe w nowych systemach muszą być rozmieszczone gęściej. A im bliższa jest stacja przekaźnikowa operatora telefonii, tym mniejsza jest energia niezbędna do wysłania do niej fal. Poza tym czułość urządzeń odbiorczych też będzie się zwiększała z każdą nową generacją telefonów, dzięki temu znowu system zacznie zadawalać się mniejszymi energiami.

Na zakończenie

Oczywiście nie ma powodów do paniki, ani konieczności natychmiastowego odstawienia telefonu komórkowego. Jednak czujność nie zawadzi. Warto obserwować własne reakcje, nie lekceważyć objawów związanych z promieniowaniem. Później może być za późno. A wierzyć piszącym, nawet na naukowo deklarujących się portalach... no cóż... też trzeba z umiarem. 

Michał Dyszyński dodano do serwisu 11 grudnia 2004

Inne doniesienia na temat szkodliwości telefonów komórkowych: 
http://www.pcworld.pl/news/73690.html 

Uzupełnienie dodane 27 grudnia 2004 
Jak podaje serwis Onetu: http://info.onet.pl/1028240,16,1,0,120,686,item.html - telefony uszkadzają DNA komórek. Może więc nie należy tej sprawy lekceważyć?...
Pierwszy akapit tekstu:
"Telefony komórkowe uszkadzają DNA
Fale radiowe emitowane przez telefony komórkowe uszkadzają DNA ludzkich komórek - wynika z badań prowadzonych w ramach czteroletniego europejskiego programu REFLEX. Informację zamieszcza internetowy serwis "Nature"."

 

 Reklamowa paranoja

Znowu mnie naszło na krytykę świata reklamy. Wkurzyłem się. Normalnie i zwyczajnie. Ale...
Zacznę od początku.

Od dawna już moim głównym źródłem informacji jest internet. Ostatnio zainteresowany byłem ewentualnością nabycia samochodu marki Skoda. Ogólnie słyszałem dobre opinie o tej marce, a z tego co widzę firma ta potrafi być konkurencyjna również cenowo. Postanowiłem się więc dowiedzieć o tym więcej. W sumie niby nic prostszego - wchodzę na  stronę www.skoda.pl i powinno zadziałać. Już pierwszy kontakt z tą stronę mnie zaniepokoił - nie jest dobrze - myślę - jakaś taka "wypasiona". Faktycznie po wejściu na wymienioną stronę jeden samochód wyjeżdża (w animacji flaszowej) z góry, drugi z dołu. Teksty, że coś nowe, że atrakcyjne. Jest tylko jeden problem... jak podczas wyboru modelu samochodu mam dość istotne wymaganie - chcę wiedzieć, czy ma on duży bagażnik. Niby niewiele, bo przecież producenci samochodu wiedzą jaki bagażnik wyprodukowali. Pracowicie omijając wszystkie fajerwerki, który mi są tu "na grzyba", doszedłem wreszcie do części poświęconej Fabii Sedan. Tyle że plik z danymi technicznymi jest... w przygotowaniu. Wkurzyłem się na maksa. Jak chcę obejrzeć filmik z widokiem samochodu, to sobie włączam telewizor (może być film na DVD), a tu chciałem się dowiedzieć coś konkretnego na temat samochodów. Wsadźcie sobie te wypasione strony w...

Mój apel

Panowie i Panie twórcy witryn dilerów, producentów, długopisów, gwoździ, czy czego tam jeszcze... Dajcie swojemu klientowi informację! Błagam! Proszę! Namawiam! 
Slogany reklamowe (jeśli już takie niezbędne) niech zostaną. Ale niech będzie też informacja. 

Menedżerowie marketingu! 

Przyjmijcie do wiadomości, że towary nie kupuje się wyłącznie w oparciu o słowa w rodzaju  - "Promocja", "nowy", "unowocześniony". Niemal każdy portal konkurencji też takie slogany u siebie zamieszcza! Dajcie informację!!! Dane, parametry. 
Naprawdę jestem zainteresowany wieloma towarami. Ale z założenia nie kupuję kota w worku. Zostawcie te slogany gdzieś w widocznym miejscu, dla osób, które nie wiedzą czego chcą (oczywiście, że jest taka grupa klientów, która kupuje na owo marketingowe pustosłowie), ale naprawdę DUŻA grupa zainteresowanych podchodzi do sprawy PRAKTYCZNIE. I np. na pewno nie kupi samochodu, który nie spełnia jakiegoś tam podstawowego warunku. Myślę, że któryś z modeli firmy - spełni owo wymaganie. Ale żeby się o tym dowiedzieć, klient musi mieć DANE.
Od bajerów powinien być dział GALERIA, może trailery, bajery (czy jak go tam nazwać...). Tam wszyscy zwolennicy flaszowej twórczości będą się zachwycali urokiem grafiki, animacji itp. Ale robienie stron internetowych bez informacji na temat produktów to działanie na niekorzyść klienta - reklamodawcy.

Nie znoszę marketingowych, wypasionych stron internetowych, i jednocześnie pozbawionych informacji tam, gdzie powinna ona się znajdować. Uważam to za przejaw LEKCEWAŻENIA MNIE - KLIENTA.

Michał Dyszyński 31 października 2004. 

 

Czy to na serio, czy sobie robią "jaja"?...

Właśnie obejrzałem kilka scen ze amerykańskiego "obrazu" filmowego pt. "Dzień niepodległości". I mam po tym "relfeksje". A może nie tylko refleksje, ale "zagwozdkę", kaca logicznego, czy co tam więcej... Bo po raz któryś zastanawiam się poważnie nad jednym: 
czy twórcy filmu kosztującego dziesiątki milionów dolarów robią sobie "jaja" ze swojej pracy (może to z założenia był pastisz?), czy uważają widzów za idiotów, czy sami mają problemy z poprawnym myśleniem?...
- piszę serio - bo naprawdę nie wiem. Stopień nagromadzonych w filmie idiotyzmów sięga pastiszu, z drugiej jednak strony w typowym pastiszu jest więcej elementów komediowych. Każdy oglądający "Czy leci z nami pilot", albo "cyrk Monthy Pytona" orientuje się, że to jest dla zgrywu. ale tutaj?... 
więc... na dwoje babka wróżyła - bo nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać...

Może przykład, który mnie "rzucił na kolana". Idzie sobie Eddie Murphy po pustyni i ciągnie w jakiejś płachcie ciało (jeszcze żyjące) wrednego obcego. Nagle naprzeciwko niego wyjeżdża ogromne stado ciężarówek. Eddie oczywiście prosi jednego z kierowców o podwiezienie do "bazy wojskowej" - cytuję jak było przetłumaczone, ale chyba podobnie jest i w oryginale, bo wypowiedź była krótka. Na co kierowca ciężarówki zagląda na mapę i mówi "nie ma jej na mapie". Niby logicznie, tylko...
skoro Eddie nie powiedział o jaką bazę chodzi, ani nie określił jej na mapie, a nie podał żadnego szczegółu z wyjątkiem "baza wojskowa", to należałoby stąd sądzić, że w całym USA jest jedna jedyna baza wojskowa i akurat nie ma jej na mapie, którą przypadkowo wziął ze sobą kierowca. Dodatkowy wniosek jest taki, że pytając o tę jedyną (ale ściśle tajną, nikomu nie znaną) bazę każdy zapytany sięgnie po właściwą mapę, żeby na niej spojrzeć we właściwy punkt i stwierdzić, że...
..bazy tej tam właśnie nie ma. Niezłe...
Albo drugi przykład: Eddie dojeżdża do owej ściśle tajnej, doskonale strzeżonej bazy wojskowej na pustyni. Dociera z gigantycznym stadem ciężarówek hałasującym jak stado słoni.
A strażnik, który ma ze swojej budki widok na całą pustynię (jest płaska, więc horyzont sięga dziesiątków kilometrów) dostrzega "gości" dopiero kilkadziesiąt metrów przed budką (w najlepiej strzeżonej bazie na warcie ślepego postawili?...). 
Potem oczywiście (choć sądząc z zachowań, nie wiem czy na pewno "oczywiście") nie chce wpuścić naszego bohatera, bo ten nie ma przepustki. Na co Eddie pokazuje wredną gębę obcego i oczywiście strażnik (bez dzwonienia do nikogo, bez żadnych dodatkowych pytań) przepuszcza jego wraz całą masą ciężarówek (nie wiadomo czy nie wypełnionych szpiegami i materiałami wybuchowymi do pełna) do najlepiej strzeżonej bazy w USA...

I tak co chwila. W sumie powinienem przestać się dziwić. Wszak w tym wielkim wspaniałym kraju, jakim są Stany Zjednoczone w każdym niemal samochodzie wozi się środki wybuchowe - przecież na każdym filmie, samochód który ma poważniejszy wypadek - wybucha (ciekaw jestem, czy KTOKOLWIEK z czytelników tego tekstu w Polsce widział wybuch samochodu po wypadku). Może w Ameryce takie samochody budują, ale w tej zapyziałej Polsce zapalenie się samochodu jest dość rzadkie (choć owszem karoseria nieraz może się zapalić i jest to istotne niebezpieczeństwo), a wybuch jest już absolutnym ewenementem (i nie ma się czemu dziwić, bo samochody nie powinny być budowane tak, aby łatwo wybuchały).

A ja wciąż się zastanawiam - jak to jest?
- czy hollywoodzcy twórcy filmowi po prostu z założenia mają w "głębokim poważaniu" spójność logiczną swoich produkcji, czy uważają widzów za osoby o bardzo niskiej inteligencji, że się i tak nie zorientują w tych piramidalnych bzdurach, czy może nie płacą im za myślenie (albo za mało płacą i oni ten "dodatek" sensowności scenariusza uwzględniliby dopiero przy odpowiednio wyższym honorarium), czy też po prostu są po prostu sami zbyt mało inteligentni?
A może przyczyna jest jeszcze inna? Może to świadome działanie mające na celu zniechęcenie myślących ludzi do oglądania filmów w ogóle? Może ktoś "mądry" opierając się na naukowych badaniach uznał, że filmy powinny pozostać rozrywką dla ludzi mało krytycznych i mądrych filmów o większym budżecie nie należy robić "z zasady"?...

Ja nie wiem? Może ktoś wie?...

 

Cool, czyli chłodno o wypasionych reklamach

 Znowu natrętna reklama mnie "wnerwiła". Szybko się jej pozbyłem, ale też zauważyłem u siebie ciekawy efekt reklamowego dostosowania się - zupełnie nie wiem o czym są te namolne reklamy. Nauczyłem się tak dobrze wypierać ich treść, że co najwyżej pamiętam sam fakt ich zaistnienia - nazwa produktu już nie dociera do mojej głowy. Do dziś zastanawiam się co reklamował w jednym z portali jakiś taki wrednie migający aparat fotograficzny  - czy aparaty, czy usługi fotograficzne, a może drukarki foto? Nie wiem naprawdę - wnerwiający element zapamiętałem, ale produktu - już nie.

No i drugi problem - te flasze...
Niedawno chciałem coś poczytać o samochodach Skoda. Wszedłem na odpowiednią witrynę - a tu flasz (prezentacja w formacie Macromedia flash - swf) :(( . Samochody na ekranie się kręcą, litery rozlatują we wszystkie strony - wszystko miga, rusza się, ucieka i chowa jedno za drugie. 
A przecież ja się chciałem dowiedzieć podstawowych rzeczy - parametry, cena, dostępność. Tego się nie dowiedziałem, bo owe ważne informacje były gdzieś dalej, ukryte, a niestety, zniechęciłem się tym, że zmuszono mnie do oglądania niechcianych "bajerów" reklamowych. I choć doceniam artystyczną wenę agencji reklamowej tworzącej tego flasza (wcale nie był brzydki), to zmienia postaci sprawy, że TUTAJ on TYLKO PRZESZKADZA! Lepiej znacznie byłoby umieścić go jako opcję, aby był dostępny dla tych, których takie rzeczy cieszą.

Wśród moich znajomych większość ucieka od owych przeładowanych "atrakcjami" stron. Tak przynajmniej wynika mi z rozmów. W biznesie, w bieżącej działalności liczy się szybkość zdobycia informacji. A jak wszystko długo się ładuje (nawet na szybkim łączu), potem długo błyska, "lata" prezentuje feerię animacji - to znowu strata. I zanim człowiek znajdzie gdzieś przycisk "Pomiń intro", to nadenerwuje się niemało.

Ale mam też tu inną  refleksję - nie dziwię się dlaczego tego rodzaju nadmiernie "wypasione" podejście do prezentacji oferty dominuje. Mechanizm jest prosty - klient chce mieć "dobry" serwis. Ma pieniądze, chce je dobrze wydać na prezentację swojej oferty. Idzie do "najlepszej" agencji reklamowej. "Najlepsza" agencja oferuje oczywiście to co co "najlepsze" - czyli to co dużo kosztuje, efektownie się prezentuje i wymaga pracy specjalisty, a nie "zwykłego" twórcy stron. 
W takim układzie prawie wszyscy są zadowoleni - reklamodawca - bo ma profesjonalnie i bogato wyglądający serwis (czyli przed szefem nie może być oskarżony o to, że czegoś nie dopilnował), agencja reklamowa ma zysk podwójny - bierze większe pieniądze (niż gdyby zrobiła standardowy, ale dobry przede wszystkim od strony informacyjnej serwis), a do tego wysforowuje się przed konkurencję w dziedzinie zaawansowanych prezentacji i technologii. Nie bez znaczenia dla agencji jest fakt bycia dobrze ocenianą przez konkurencję, czyli innych "artystów" flaszowców w branży (są przecież konkursy tego rodzaju twórczości). 
Jest tylko jedne poszkodowany - KLIENT poszukujący informacji. Tenże klient nie dowiedział się tego, czego chciał się dowiedzieć, zirytował się, stracił czas na oglądanie twórczości artystycznej, na którą aktualnie nie miał ochoty. Ale kogo to tak naprawdę obchodzi?...

Michał Dyszyński 16 lipca 2004

Reklama, czy antyreklama? - głos o spamowym biznesie...

...bo od jakiegoś czasu jestem zalewany spamem.

Co to jest spam?
- Dla zupełnie niezorientowanych (pewnie nie jest takich wielu, ale zawsze mogą się trafić) wyjaśniam, że jest to owa niezliczona masa nie chcianych, nie zamawianych e-maili z reklamami i ofertami - np. viagry, powiększania penisa, podejrzanych usług finansowych itp.
Osobiście dostaję (lipiec 2004) kilkadziesiąt (a może nawet kilkaset, choć nie wiem, bo część tych jest już usuwana automatycznie przez filtry) takich e-maili dziennie.

Z mojego punktu widzenia patrząc, spam jest REKLAMĄ BEZSENSOWNĄ - w istocie o ujemnej wartości reklamowej. Jeżeli jakaś oferta dotrze do mnie w postaci spamu, to uznam to za powód, aby określonego produktu NIE KUPIĆ (a już na pewno nigdy nie kupić od firmy, które jest odpowiedzialna za ów spam). Nie kupię go z KILKU POWODÓW:

bo się boję - spamerstwo jest dziedziną zahaczającą o kryminał. A z przestępcami boję się mieć do czynienia w jakiejkolwiek postaci. Mam poważne obawy, czy "transakcja" z tego rodzaju oferentem nie skończyłaby się po prostu oszukaniem mnie (np. wyłudzeniem numeru karty kredytowej, lub przysłaniem mi niepełnowartościowego produktu - np. przeterminowanego, innego niż zamawiany).
bo się zniechęciłem namolnością, a takie sobie ustaliłem ZASADY, że nie kupuję nic od agresywnych sprzedawców
bo uważam, że każda pozytywna reakcja na spamerstwo tylko powiększa tę plagę.
bo i tak zdecydowana większość spamu ląduje u mnie w koszu automatycznie, więc nawet go nie przeczytam.

Zastanawiam się przy tym: jak wielu klientów reaguje podobnie jak ja?
I chyba trudno jest na to pytanie odpowiedzieć bez błędu, bo skuteczność spamu może być różna w różnych sytuacjach - wiele zależy od produktu, odbiorcy itp. Np. w przypadku reklam viagry i innych "wstydliwych" produktów bezpośrednie dotarcie do odbiorcy za pomocą poczty elektronicznej, a potem sprzedaż wysyłkowa - może być zaletą (nie ma kontaktu ze sprzedawcą).

Z drugiej strony uważam, że poważny produkt na tego rodzaju "reklamie" można tylko stracić - przede wszystkim reputację.  Z punktu widzenia reklamodawców posługiwanie się spamem ma właściwie jedną główną zaletę - bardzo niskie koszty dotarcia do potencjalnego klienta - w myśl zasady: ponieważ to nic nie kosztuje, to ślijmy nasze beznadziejne e-maile. I być może dla pewnego typu ludzi taka reklama się sprawdza. To że inni nie kupią - to nic, w końcu jeśli na sto milionów wysłanych e-maili sto odbiorców coś kupi, to można uznać, że spam spełnił swoje zadanie. Szkoda...

 

(Anty)reklamowe rozważania

 W swoim czasie zaprenumerowałem sobie newsleter związany z mediami i reklamą. Co jakiś czas (raczej chyba za często) przychodzą więc do mnie e-maile reklamowo - edukacyjno - publicystyczne traktujące o tej ciekawej dziedzinie. Przyznam, że rzadko kiedy cokolwiek z treści newslettera mnie zainteresuje, ale tym razem było inaczej. Bo oto pojawił się taki "cytat tygodnia":
"Internetowe reklamy, których nie dało się przeoczyć, były hitem wśród reklamodawców w latach 2002-2003. Dziś coraz częściej zastanawiamy się, czy takie narzędzia jak pop-up nie czynią szkody reklamowanym markom"

Niby nic odkrywczego, a jednak...
Bo my, zwykli śmiertelnicy przytłoczeni "tonami" przekazów reklamowych od dawna dziwimy się: dlaczego ktoś aż tak bardzo na siłę, wciska nam się ze swoją marką, produktem? Co chce w ten sposób osiągnąć?

Z jednej zapewne liczy, że się jego produkt, czy markę zapamięta. Tylko czy się nie przeliczy?
Ja sam zauważyłem u siebie oznaki daleko posuniętego reklamowego dostosowania. Działa ono prosto - im bardziej coś natrętne, tym szybciej to usuwam ze świadomości. A jednocześnie im bardziej jakiś produkt zaczyna mi się kojarzyć z procedurą usuwania i z poczuciem irytacji, tym mniejsza jest jego szansa na pozytywny odzew, tym bardziej w podświadomości buduje się dla produktu etykietka ŚMIEĆ!

A wygląda mi na to, że branża reklamowa poszła w jakimś absurdalnym kierunku. Chyba nawet domyślam się dlaczego... 
Spece od zarabiania pieniędzy, sprzedający media reklamowe w swoim dobrze pojętym interesie (!!!) wmówili klientom, że reklama wcale nie musi się pozytywnie kojarzyć. Wystarczy, że się kojarzy "w ogóle", że klient nazwę firmy zapamięta. Dla agencji reklamowych jest to wygodna teoria. Bo teraz nie trzeba się już mozolić z wyszukiwaniem wartościowych tematów, nie trzeba wymyślać nic ciekawego, nie trzeba szukać trudnych ścieżek pozytywnego wizerunku. "Wystarczy" przecież, że marka klienta pojawia się gdziekolwiek i jakkolwiek, byle często - na balu, w ogrodzie, na imprezie, ale może też i w wychodku, w slumsie, czy w najbardziej nieprzyjemnych okolicznościach?...

Wmówienie takiej teorii klientom kupującym powierzchnię i czas medialny, jest bardzo dla agencji reklamowych korzystne. I dlatego tym bardziej intrygujące jest pytanie - na ile owa teoria jest prawdziwa?
Bo może potencjalny klient, zamiast zapamiętać, że ma dany produkt kupić, zapamięta sobie, że ma go... 
...w żadnym wypadku NIE KUPOWAĆ? 
A przynajmniej u mnie tak to działa. Współczesne reklamy wbudowały w moją podświadomość całą masę nazw, które dostały się na swoistą "czarną listę". Np. spamerzy tak obrzydzili mi na tyle nazwy pewnych produktów, że nie użyłbym ich nawet gdybym je dostał za darmo. Nazwy przez nich reklamowane kojarzą mi się z poczuciem osaczenia, zagrożenia, skierowanej w stosunku do mnie agresji (co prawda tylko informacyjnej, ale jednak agresji). Podobnie obrzydzone zostały mi inne marki - głównie te, z których obecnością moja świadomość i podświadomość musiała walczyć na różnych frontach. 

A przecież nie jestem absolutnym wrogiem reklam. W wielu sytuacjach nawet mi ich... brakuje!
W jakich? - To proste - wszędzie tam, gdzie czegoś szukam, chętnie zobaczyłbym reklamę poszukiwanego produktu. A najczęściej właśnie tam owych reklam jest ZA MAŁO!
Ciekaw jestem kiedy wreszcie świat reklamy wreszcie odkryje tę prostą prawdę, że najłatwiej jest zareklamować jakiś produkt osobie, która tego produktu szuka i potrzebuje. 

Poczekam cierpliwie. Przecież w reklamie pracują nieraz naprawdę inteligentni ludzie. Może wreszcie na to wpadną?...

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 30 czerwca 2004

Bandyta z Internetu, czyli jak się pisze niusy

Dzisiaj przeczytałem we wiadomościach Onetu (hmmm, złapałem się na tym, że już prawie nie czytam zwykłych gazet...) informację o pewnym wydarzeniu, czyli nieco z angielska i żargonowo nazywając - "nius" - (news). Chodziło o to, że pewna dziewczyna poznała na internetowym czacie sympatycznego chłopaka (tak jej się przynajmniej z początku zdawało...), a przy spotkaniu bezpośrednim w "realu" okazało się, że to bandyta, który ją pobił, usiłował zgwałcić i zabrał telefon komórkowy.

Jaki z tego wniosek?
- Ale ten Internet niebezpieczny! - nie?...

Oczywiście znam sporą grupę osób, dla których to będzie absolutny dowód szkodliwości i zagrożeń Internetu. Są to najczęściej osoby z pokolenia na emeryturze, którym z zasady nie odpowiada to co nowe. Internet i komputery nie odpowiadają im szczególnie. A taki przypadek to dowód "niepodważalny". 
Dziecko! - nie włączaj komputera, bo cię bandyci zgwałcą i okradną...

Tymczasem gdyby ta sam dziewczyna poznała tego samego bandytę: na dyskotece, w kawiarni, korespondencyjnie po staremu (czyli ze znaczkiem na kopercie), w pubie, w parku, na wycieczce szkolnej, czy w muzeum ziemi, to byłoby normalne. A tu - łolaboga - Internet. I mamy niusa i mamy dyskusję o tym jak to jest niebezpiecznie zajmować się tymi "nowinkami". 

Niestety, rzadko kto potrafi rozróżniać prawdziwe przyczyny, od mało istotnego tła. Tymczasem naprawdę istotnym wnioskiem z tej historii jest to, że dziewczyna, która widzi jakiegokolwiek nieznajomego chłopaka i samotnie udaje się z nim w miejsce odosobnione, może być ofiarą napadu. Dotyczy to nie tylko dziewczyn i nie tylko poznających kogoś przez Internet.  Dotyczy KAŻDEGO spotkania z nieznajomym, zapoznawanym OBOJĘTNE JAK. Internet jako medium pierwszego kontaktu jest tu w istocie czynnikiem trzeciorzędnym. 

A zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że...
...Internet jest bezpieczniejszy pod względem zapoznawania nowych osób. 
- Po pierwsze dlatego, że pierwszy kontakt nie jest taki błyskawiczny, więc trudniej jest kogoś tak w szybkim zamieszaniu "zbajerować". Jest więcej czasu na zastanowienie się. Można pójść z "obstawą", umówić się nie w przypadkowym, a dobrze wybranym miejscu.
- Po drugie - to właściwie Internet jest wręcz mniej anonimowy pod tym względem - wszystkie połączenia są zapisywane, wiadomo skąd i do kogo było połączenie. Policja może to później odtworzyć (i wielu przestępców dzięki temu siedzi).

Natomiast dla mnie w tym wszystkim ciekawy jest najbardziej element psychologiczny. Ludzie zauważają związek wtedy, gdy są nań nastawieni, lub zwróci się im na to uwagę. Ten tytuł wiadomości był: "Internetowy przyjaciel bił i usiłował zgwałcić", tak więc w sposób oczywisty "winny" się robi Internet. Gdyby napisano "Bandyta zaatakował dziewczynę w parku", to by było że to właśnie park jest niebezpieczny itd... Kiedyś pamiętam napisano "Nauczycielka zabiła ucznia" (czy coś podobnego). Oczywiście spora grupa ludzi pomyśli sobie wtedy: ale ci nauczyciele to wredni. Zawsze ich podejrzewałem o złe intencje... Ale gdyby dziennikarz zauważył np. rudy kolor włosów zabójczyni (nie wiem jak było on naprawdę) i napisał "Ruda nauczycielka zabija ucznia", to pewnie duża grupa ludzi zacznie żywić uprzedzenia do osób z tym kolorem włosów. 

Jak bardzo ludzki umysł podaje się manipulacji....

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 28 kwietnia 2004

 

Nowa generacja wirusów komputerowych - wirusy zlokalizowane.

Dzisiaj dostałem pierwszego wirusa komputerowego, który został "zlokalizowany" - nagłówek i treść miał w języku polskim. Co prawda treść była bardzo prymitywnym (z błędami) tłumaczeniem słów angielskich oto ona: "Podobac sie przeczytac ten udokumentowac.", czyli na razie dość łatwa do rozpoznania jako podejrzana (zwłaszcza że zawierała załącznik z rozszerzeniem "pif"), ale człowiek przyzwyczajony, że wirus może "odzywać się" wyłącznie po angielsku, być może da się oszukać.

Prawdę mówiąc, ten zalew wirusów i spamu wydaje się być przerażający. Doskonalenie się wirusów, też ostatnio znacznie przyspieszyło. Są dni, że dostaję około 100 maili zawierających wyłącznie śmieci, a do tego żadnego użytecznego e-maila. A idzie wciąż ku gorszemu. 

Postanowiłem więc podzielić się pewną refleksją - dlaczego jest aż tyle wirusów i spamu. 
Moim (ale nie tylko moim) zdaniem główną przyczyną jest przede wszystkim... GŁUPOTA LUDZKA. 
I wbrew pozorom nie myślę tu wyłącznie o głupocie ludzi, którzy owe wirusy tworzą - co prawda za mądrych ich nie uważam, ale być może mają w tym jakiś swój przewrotny i zły cel (np. ataki na wybrane witryny internetowe, wykradanie haseł, numerów kont bankowych itp.). Dużą winę ponoszą same ofiary tych ataków - ludzie, którzy bezmyślnie posługują się Internetem.
Przy czym znowu bezmyślność jest na kilku szczeblach - bezmyślni są menedżerowie firm, którzy nie szkolą swoich pracowników pod katem unikania wirusów i bezmyślni są użytkownicy, którzy dają się nabrać na proste sztuczki twórców netowego śmiecia.

Dlatego (tytułem przypomnienia) pozwolę sobie jeszcze raz przypomnieć podstawowe zasady postępowania z pocztą elektroniczną:

zasada pierwsza - nie otwierać ŻADNYCH NIEROZPOZNANYCH ZAŁĄCZNIKÓW do listów e-mail.

zasada druga - dbać o uaktualnienie systemu operacyjnego i przeglądarki internetowej (w Windowsach służy do tego usługa "Windows update", a każdy dostawcy Linuxowi też mają swoje odpowiedniki tej usługi)

Skupię się na pierwszym punkcie. Co to znaczy "nierozpoznanych załączników". Oznacza to m.in. załączników:

od osób które są nam absolutnie nieznane

absolutnie niespodziewanych, niepotrzebnych (w razie czego można się przecież skontaktować z nadawcą, który ew. mógł nam ten załącznik wysłać)

załączników o podejrzanym rozszerzeniu (typie pliku).

W szczególności na 99,9% wirusem jest email pochodzący od nieznanej osoby, zawierający plik o rozszerzeniu: pif, exe, com, bat, vbs, scr. Ostatnio też do tej niechlubnej listy dołączył typ pliku zip, który też niekiedy zawiera wirusy. Jednak ten ostatni rodzaj pliku (zip) jest dość często używany przez "uczciwych" użytkowników, więc niekoniecznie należy od razu wyrzucać pliki z tym rozszerzeniem, bo być może zawierają użyteczne dla nas dane. 

No i kolejna zasada podstawowa: "ciekawość to pierwszy stopień do piekła" - jeśli e-mail, zbytnio nas zaciekawia, lub do czegoś silnie prowokuje, to już z samego tego faktu jest podejrzany. 
Jest to nieraz o tyle skomplikowane, że jeśli otrzymujemy oferty, które nas interesują, lub które z różnych powodów zdecydowaliśmy się tolerować, to mogą się nam pomylić z wirusem. Wtedy zawsze warto upewnić się, czy adres nadawcy jest prawidłowy. 

Procedura postępowania z podejrzanym e-mailem w outlooku express-ie

Ja osobiście, gdy widzę e-mail podejrzany o bycie użytecznym... tak, tak - podejrzane o bycie wirusem, są z zasady prawie wszystkie maile, a co najwyżej mogę podejrzewać niektóre z nich o bycie użytecznym. Stosuję następującą procedurę (jak na razie skuteczną):

  1. przed kliknięciem na e-mail rozłączam połączenie z Internetem (lub Outlooka przełączam w tryb offline) - dzięki temu żadne dodatkowe pliki nie są ściągane na mój dysk po kliknięciu na temat wiadomości.

  2. sprawdzam nadawcę wiadomości - jeśli jest mi nieznany, to stanowi silny element "obciążający"

  3. patrzę czy w temacie nie ma zbyt dużo błędów ortograficznych (są stosowane przez spamerów, i twórców wirusów, aby ominąć filtry antyspamowo - antywirusowe)

  4. klikam wiadomość prawym klawiszem myszy i wybieram z menu kontekstowego "Właściwości", a dalej "Szczegóły" i "Źródło wiadomości". Dzięki temu mogę się w dużym stopni przekonać, czy dany mail pochodzi rzeczywiście z tego samego miejsca, które anonsuje mi w nagłówku.

  5. W żadnym wypadku nie otwieram załączników z podanymi wyżej rozszerzeniami  pif, exe, com, bat, vbs, scr. Plik zip otwieram po upewnieniu się, że pochodzi ze sprawdzonego źródła.

Wszystkie inne wiadomości od nieznanych osób najbezpieczniej jest bezlitośnie usunąć. Dla bezpieczeństwa można to zrobić nawet nie klikając na ten plik (nie podświetlając go, co może być niebezpieczne w przypadku niektórych najbardziej zjadliwych wirusów). W tym celu wystarczy posłużyć się "regułą wiadomości" i uruchomić ją do aktualnie posiadanej poczty.

Inne zasady

Co jeszcze można zrobić w kwestii bezpieczeństwa naszego komputera?
- przede wszystkim wciąż być ostrożnym
- zainstalować oprogramowanie antywirusowe (niestety -  zazwyczaj płatne, a do tego mocno spowalnia komputer)
- zainstalować firewall - czyli oprogramowanie, które pilnuje połączeń programów z Internetem i może pozwalać programom na korzystanie z sieci, lub nie. Z darmowych mogę polecić freewarową wersję Zone Alarm (jest również wersja płatna, ale za to znacznie usprawniona).
- co jakiś czas sprawdzać listę plików, które uruchamiają się automatycznie podczas startu systemu (i eliminować podejrzane pliki). Niestety, zastosowanie tej ostatniej zasady wymaga sporej wiedzy o tym, które pliki są pożyteczne, a które nie. Jeśli się nie wie, to można sprawdzić to (częściowo) w ten sposób, że nieznany plik odnajdujemy na dysku, klikamy prawym klawiszem myszy, wybieramy "Właściwości" i sprawdzamy firmę - producenta. Jeśli jest to np. Microsoft, to możemy być spokojni, jeśli dostawca sterowników do naszego skanera, czy drukarki, to oczywiście też. Ale w przypadku nieznanego producenta, warto się zastanowić, czy niechcący sami nie rozsyłamy spamu, posługując się komputerem, opanowanym przez wrogi program.

Pamiętać że:

firma Microsoft żadnych uaktualnień do systemu nie przesyła e-mailem. Od tej firmy można drogą e-mailową dostać co najwyżej informację, ale nie plik do uruchomienia

inne firmy też w większości stosują się do tej zasady. Wyjątki są możliwe po umówieniu się (np. telefonicznym) z serwisem firmy.

jeżeli coś nam się chce "samo" instalować, bez wcześniejszego "wyjaśnienia" co to jest, to jest bardzo podejrzane!

śledzić informacje prasowe (internetowe) o pojawiających się wirusach i innych zagrożeniach.

szczególnie podejrzliwym należy być wobec korespondencji, która pochodzi od naszego banku - jest pytanie, czy to jest NA PEWNO ??!! wiadomość z banku, czy od mafii, która się pod ten bank podszywa...

Gdyby wszyscy ludzie byli ostrożni i konsekwentnie, to spam i wirusy umarłyby śmiercią naturalną. Pewnie naiwni wciąż się gdzieś w sieci znajdą, jednak głupio byłoby wyjść na takiego samemu... 

- Czego nikomu z Czytelników nie życzy
Michał Dyszyński - autor serwisu

Michał Dyszyński - dodano do serwisu 27 kwietnia 2004

 

 

O obrażalskich, (bez)prawiu, Internecie i ewolucji

Na stronie brytyjskiego serwisu informatycznego ZDNET przeczytałem kilka dni temu informację o przyznaniu przez ten serwis tytułu: "most stupid piece of Internet legislation in the world" (czyli w wolnym tłumaczeniu: "Największy na Świecie wygłup internetowego prawodawstwa"). "Laureatem" jest sąd w nieodległej Francji (czyżby kolejny przyczynek do odwiecznej rywalizacji obu nacji?... - ZDNET jest prowadzony przez Brytyjczyków), który zakazał Francuzom wchodzenie na strony www aukcji oferujących pamiątki po nazistach. Problem w tym, że wspomniane aukcje są organizowane w Internecie, poza terytorium Francji.  Dlatego, w celu realizacji niniejszej decyzji, ten że sąd dał organizującemu aukcje amerykańskiemu portalowi Yahoo dwa miesiące na zastosowanie się do decyzji, czyli zablokowanie dostępu do nazistowskiej aukcji dla wszystkich francuskich internautów. Jak pisze wspomniany serwis, prawodawstwo francuskie rozważa wprowadzenie obowiązku konsultowania z nim każdej publikacji na stronach Światowej Sieci, jeżeli mogłaby ona być niezgodna z francuskim prawem. 

Teraz będzie komentarz daktikowy. Ta moja refleksja sięga w bardziej ogólne sfery niż tylko pamiątki po nazistach, a u jej podstaw jawi się pytanie:
   jak bardzo prawo, grupy ludzi, organizacja może nakazywać coś innym ludziom?
Z jednej strony jest oczywiste, że nakazy i zakazy są niezbędne - nie wolno zabijać, nie wolno kraść. Z drugiej jednak, kwestią dyskusyjną jest, jak bardzo określone osoby powinny się dostosowywać do czyjegoś widzimisię (nawet jeśli to jest widzimisię rządu dużego państwa). Bo w różnych krajach, różne czyny są dozwolone i zakazane. W niektórych krajach islamskich nie wolno jest propagować chrześcijaństwa. Gdyby taki rząd mógł swoje prawo wprowadzać, to zapewne nakazałby usunięcie strony Watykanu, czy Polskiego Episkopatu. W niektórych krajach zakazane jest publikowanie treści niezgodnych z aktualną linią polityczną (Chiny, Korea Pn. i niemało innych) - co by się stało, gdyby ich wyroki dotyczące zamknięcia dysydenckich stron musiał respektować świat?... Piszę to także w kontekście dość powszechnych w Polsce procesów o obrazę uczuć religijnych. Wiele osób w różny sposób czuje się obrażonych i dochodzą swoich roszczeń w sądzie. W krajach o innym poczuciu "obrażenia" uznaje się najczęściej większą swobodę wyrazu artystycznego niż w naszym Kraju. Oczywiście nie zamierzam to stawać po jakiejkolwiek stronie w konkretnym przypadku, jednak na moje wyczucie, co niektóre "obrażone" osoby są wyjątkowo obrażalskie (choć w innych sytuacjach przyznałbym rację skarżącym, bo niewątpliwie "prowokowanie" publiczności przez artystę powinno mieć swoje granice). 
Ale patrząc na rzecz bardziej ogólnie, tak sobie myślę, czy owe obrażone osoby nie zauważają wyrywkowości zauważonego przez nich "przestępstwa" - czyli, że najczęściej to, co spowodowało ich dyskomfort emocjonalny jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej podobnych informacji, dzieł artystycznych, wypowiedzi. Aby te pozostałe znaleźć (choć też tylko w części) wystarczy tylko uruchomić wyszukiwarkę internetową (wpisać kilka słów) i znaleźć setki obraźliwych publikacji - w różnych krajach świata, różnych kulturach (czasami słowo "kultura" może być tu użyte nieco na wyrost...).

Problem nie jest banalny, bo prędzej czy później, może stać się zarzewiem poważnych konfliktów. W końcu wraz z rozwojem technik informacyjnych i dostępu do treści będzie rosło znaczenie propagowania idei i wszystkie związane z nim niebezpieczeństwa. Jak pogodzić ze sobą interesy ideowe całkowicie antagonistycznych dzisiaj grup - islamistów i radykalnych chrześcijan, fundamentalistów i liberałów, wolnomyślicieli i obrażalskich na wszystko i wszystkich?...
Pewnie się nie da. To co dalej? - zaczynamy kolejne wojny?

Typowy człowiek ma wbudowane w swoją psychikę szczególne pragnienie: zmusić Świat, aby był "po mojemu".
- po mojemu, czyli wg tego co mnie uczyli rodzice, co sobie wymyśliłem, co polubiłem, co uznaje "moja grupa". To się wydaje ważniejsze, bardziej rozsądne niż myśli i pragnienia innych ludzi, innych grup. 
Tak myśleć nakazuje nam mechanizm ewolucyjny. Bo z tegoż ewolucyjnego punktu widzenia patrząc właśnie o to chodzi, żeby była wojna. Chodzi o dominację, konflikt, chodzi o wojnę. W toku wojny dochodzi do zabijania niektórych osobników. Teoretyczne - odpadają słabsi, zaś geny się doskonalą... Teoretycznie...
Bo wydaje mi się, że ostatnio ludzkość ma poważny problem. I ewolucja (jeśli by ją tu spersonalizować) - też. Bo ów sprawdzony od milionów lat mechanizm, w przypadku ludzi, właściwie prawie przestał już działać - przynajmniej w w odniesieniu do wojen między narodami i w tym pozytywnym sensie. Bo teraz wojna stała się zbyt masowa, zbyt skuteczna. Dziś wojna w równym stopniu spowoduje kataklizm dla mądrych i głupich, silnych i słabych, wytrwałych i wątpiących. Wojna jest już tak masowa, że prawie nic nie różnicuje, nie wyłania osobników o lepszych genach. Ona wyłania martwe pustynie.

Jednak mechanizm dominacji i dążenia do wojny w ludziach pozostał. Im bardziej prymitywny w myśleniu człowiek, tym lepiej to widać. Prymitywni ludzie pragną się bić, pragną okrucieństwa. Nie są w stanie opanować nakazu ewolucji. Widać to na stadionach, widać w rzeziach plemiennych, wojnach domowych, zajadłości grup terrorystycznych. Wielu ludzi pragnie "zabijać wrogów". To jest ich nakaz życia, powołanie. Wrogów zawsze można znaleźć - w końcu to kwestia umowna, kogo do wrogów zaliczymy. Będą więc zabijać z potrzeby serca, z nakazu ewolucji. Czy to islamiści, czy to chrześcijanie. Bo niestety, to nie tylko islamiści chcą mordować. Chrześcijanie, katolicy, protestanci - też. Nakaz miłości bliźniego, póki co nie przedarł się do wielu, tkwiących w okowach ewolucji, umysłów (doskonałym przykładem są odległe zaledwie o kilka lat wydarzenia w Rwandzie).
Jak daleko nas zaprowadzi? Czy ludzkość przetrwa?

Na koniec jeszcze wrócę do pamiątek po nazistach - pozwolić nimi handlować, czy nie? - ja bym akurat pozwolił. Nazizm jest historią tego globu, jest dokonaniem ludzkości - takiej jaka ona jest - i trzeba o tej historii pamiętać! Trzeba pamiętać o nazistach, stalinistach, zabójcom polskiego UB i wielu innych. Jeśli nie będziemy pamiętać, do czego zdolni są ludzie (tacy jak my!), to ewolucyjne prawo zabijania nie znajdzie żadnej przeciwwagi w naszej świadomości. Trzeba pamiętać o nazistach, zbierać pamiątki po nich - aby nikomu do głowy nie przyszło, że to przecież niemożliwe, aby ludzie tak czynili innym ludziom, że to tylko mit, wymysł. Trzeba te pamiątki zachowywać, a wraz z nimi pamiętać o zbrodniach. I piszę to niekoniecznie w kontekście Narodu Niemieckiego, bo nie wiadomo, czy "My" jesteśmy lepsi, czy gorsi, czy tacy sami. A nawet jeśli nie dalibyśmy się swojemu "Fuhrerowi" aż tak pociągnąć do wojny ze światem, to obserwacja aktualnej podatności społeczeństwa na demagogię pokazuje, że pewnie niejedno by się nam "zdarzyło". 
Jeśli zaś to pokolenie nie wyciągnie wniosków z historycznych grzechów świata, to będzie musiało wyciągać je z grzechów własnych. A to będzie znacznie bardziej bolało...

Michał Dyszyński, dodane do serwisu 16 marca 2004

Kreskówki nadzieją kinematografii?...

Ostatnio rzadko oglądam filmy. Nie chce mi się. Nudzą mnie. Irytują. 
Co ciekawe, obserwuję, że nie jestem takim znów wyjątkiem w odbiorze tego co oferują nam specjaliści spod znaku celuloidowej taśmy (czy może ostatnio nośników cyfrowych). Mam znajomych, którzy nie mają ochoty chodzić do kina, lub zrezygnowali z posiadania telewizora. Także w prasie daje się słyszeć głosy, że tradycyjna branża filmowa wyraźnie przeżywa kryzys. Niekoniecznie finansowy (choć i tu piractwo mocno daje się filmowcom we znaki), ale na pewno ideowo - koncepcyjny. Osobie w moim wieku, która obejrzała już setki, a może tysiące filmów najczęściej nie chce się już włączać telewizora, by obejrzeć nawet nowy i teoretycznie atrakcyjny film. Przyczyna główna? - nuda. Wszak dla większości filmów, każdy schemat widziany był już wielokrotnie, a scenariusze sprawiają wrażenie pisanych przez niezbyt wyrafinowany program komputerowy - ot, kolejna składanka ogranych chwytów.
Kolejny element, to strach producentów tradycyjnych filmów przed wytworzeniem czegoś sensownego. Tak nazywam pewien syndrom działalności filmowców - oni chyba panicznie się boją, że jeśli się filmu czymś (chociażby nawet drobnym) nie "popsuje", to odbiorca pewnie poczuje się urażony (może przytłoczony?...) ową logiką i rozsądkiem. Może chodzi o to, że trzeba się odbiorcy w ten sposób podlizać - pokazać mu: "widzisz, ja - niby uznany twórca filmów - a też produkuję takie idiotyzmy, że głowa mała...". Pewnie to o to chodzi, bo inaczej nie potrafię wytłumaczyć faktu, że całkiem niezłe filmy są w pewnych momentach bezlitośnie psute - np. właśnie zupełnie nielogicznym zachowaniem bohaterów, kompletnym nieprawdopodobieństwem rozwoju sytuacji itp. I nie chodzi tu np. o to, że nie lubię filmów mało realistycznych (np. fantastycznych) - wręcz przeciwnie - lubię. Ale też i oczekuję od ich twórcy logiki - jeżeli w świecie przyszłości ludzie potrafią teleportować się na ogromne odległości i obsługują superstatki kosmiczne, to nieprawdopodobieństwem jest, że ich najlepsza broń, jest gorsza niż ta, używana podczas 2 wojny światowej itd....

Z drugiej strony tzw. "kino ambitne" jest najczęściej przesadnie eksperymentalne (czytaj "artystyczne") a przez to nieoglądalne przez przeciętnego widza - jakieś studium buta operatora koparki, czy wydumany problem kropli farby spadającej do wiadra (oba przykłady wymyślone przeze mnie, ale może ktoś je kiedyś zrealizuje w tym nurcie, jako że bardzo pasują...). Nie byłem na "Pasji" M. Gibsona, ale też słyszę o tym filmie niemało zarzutów o hollywoodzkie wtórności. Z resztą, jeżeli nawet ten czy inny film, że względu na temat czy ujęcie, okazuje się ciekawszy, to nie zmienia postaci sprawy, że dominują "produkcyjniaki", dzieła szablonowe, pozbawione głębszej inwencji, a do tego również sensu.
Ten bezsens w filmach jest dostrzegalny szczególnie przez fizyka (czyli autora artykułu), ponieważ w tym co nam oferuje branża filmowa, roi się w nich od kolosalnych nielogiczności i rozmijania się z prawami tego świata. Jest to na tyle irytujące, że nieraz - mimo pewnego zaciekawienia akcją - przełączam kanał, albo wyłączam telewizor. Z resztą nie tylko o fizykę chodzi, bo psychologia bohaterów filmów jest "pożal się Boże" - co krok postępują oni niezgodnie z charakterem jaki mieliby reprezentować, z logiką sytuacji, z normalnymi ludzkimi odruchami. Przykładów są setki - policjant, czy komandos specjalista nie sprawdza, czy powalony wróg czasem nie udaje braku przytomności, bohaterowie gonieni przez samochody uciekają zawsze na wprost, a nie szukają ochrony po bokach (zapewne w nadziei, że będą szybsi czy co?...), a dwójka kochających się osób w tarapatach, stojąc obok tykającej bomby zegarowej - nie ucieka, tylko przez te kilka cennych sekund po raz kolejny wyznaje sobie miłość...

Dlatego dla mnie etykietka "Hollywood" skłania ostatnio głównie do reakcji: "No, thanks, I' am not interested...". A kino europejskie? - cóż, też jest bardzo nierówne - z jednej strony setki filmów o niczym, gdzie bohaterowie tylko gadają, gadają, i nic z tego nie wynika (a to co mówią, nie jest ani trochę ciekawsze od rozmów jakie prowadzi przeciętny zjadacz chleba). Z drugiej wyraźnie słabsza pozycja finansowa i słabości "warsztatowe" powodują, że rzadko który europejski film zapewnia światowy poziom realizacji technicznej. Czyżby więc upadek filmu?
- wg mnie na szczęście NIE! Nadzieją są KRESKÓWKI!

Ktoś powie kreskówki? - może te głupie japońskie? Przecież to się nadaje tylko dla dzieci...
A ja na to: po pierwsze nie chodzi mi o najtańszą produkcję. Po drugie jeśli japońskie, to też wybierajmy te lepsze (każdy kraj ma w swojej kinematografii grupę "badziewia"), a po trzecie oczywiście nie tylko japońskie. A wiele kreskówek ma coś, czego brakuje większości filmów "ludziowych" - są np. INTELIGENTNE! Tak. Nie wszystkie, nawet nie większość, ale całkiem sporo kreskówek jest tworzonych przez ludzi z wizją, z inteligencją, z pomysłami. Ponieważ zaś dzisiaj techniki komputerowe umożliwiają tworzenie animacji nawet amatorom, to startować może tu każdy - decyduje nie tylko KASA I ZNAJOMOŚCI (czy tzw. "nazwisko" w branży), ale co kto rzeczywiście umie. Część tych twórców po jakimś czasie się komercjalizuje, część zaczyna robić co innego, ale sam fakt dopływu "świeżej krwi" - zostaje. I wg mnie "głównie w kreskówkach nadzieja na rozwój branży filmowej". Pokazuje to m.in. sukces studia Pixar (które niestety coraz bardziej zaczyna być psute wymaganiami komercji), pokazują sukcesy bardzo wielu filmów rysunkowych wyświetlanych na naszych ekranach. Ja sam złapałem się na tym, że również w telewizorze zaczynam nastawiać sobie kanał na ten "dziecięcy" - kreskówkowy.

Dlaczego tak jest? Dlaczego kreskówki mają mieć większą siłę przebicia? 
- wg mnie przyczyn jest naprawdę sporo, choć wynikają one w większości z opisanego wyżej faktu niskich kosztów startowych wytworzenia filmu i dopływu młodych talentów.
Ta bariera finansowa dla rozwoju sztuki jest kluczowa. Dlaczego tak jest? - to proste. Z jednej strony mamy artystów, ludzi z wizją, fanatazją, inteligentnych (czasami pewnie też nawiedzonych...). Z drugiej strony jest jednak decydent finansowy - czyli rekin od zarabiania - gość, który woli mieć film najgłupszy, najbardziej bezsensowny, ale kasowy, niż nieefektywne finansowo arcydzieło. I taki gość na nowatorski scenariusz reaguję mniej więcej w stylu:
"- wiesz Pan, panie scenarzysta, może to i niezłe, ale czy to się sprzeda? - nie, chyba nikt mi nie da gwarancji, że to się sprzeda. Lepiej napisz Pan scenariusz do Batmana 9, czy kolejny odcinek Dynastii".
I pieniędzy na produkcję rzeczy nowszych, ciekawszych, nie ma. A kreskówki o niższym budżecie dają dodatkowo inne korzyści - np. możliwość tworzenia tworzenia bez powiązania z kolesiosko - biurokratycznymi układami w branży, co skutkuje dostępem ludzi inteligentnych i twórczych, a nie tylko "ustawionych", oferują swobodę kreacji większa niż w filmie aktorskim. Jeśli do tego dodamy szanse na wykorzystanie różnych kanałów dystrybucji (m.in. Internet), brak konieczności respektowania wielu zbędnych artystycznie reguł branży, chęć młodych "zaistnienia" wbrew woli "ramoli" (patrz sukces polskiego twórcy "Katedry"), coraz większą rzeszę fanów (wielu z nich to dorośli, inteligentni ludzie, a nie tylko dzieci), to widać, że kreskówki muszą się przebić. 
A dziś wiele wskazuje na to, że granica między filmem aktorskim i tworzonym techniką animacji będzie się zacierać coraz bardziej. Wszak rozwój technik komputerowych zbliża realizm kreskówek, do tego co oferuje technika zdjęciowa. Przykładów już dziś jest wiele - "animacje" technik specjalnych w zwykłych filmach typu "Terminator", "Dzień Niepodległości", czy dowolny inny zahaczający o fantastykę, a z drugiej strony bardzo realistyczne animacje twarzy, gestów, ruchu w Shreku, "Final Fantasy" Animatrixie i innych - wszystkie połączone z wysokiej klasy odwzorowaniem szczegółów postaci. Granica coraz bardziej się zaciera...

Czy kreskówki przejmą rolę filmów tradycyjnych? raczej nie, ale raczej na pewno odbiorą tym ostatnim sporą część widzów (co z resztą robią już od jakiegoś czasu). I być może za jakiś czas staną się formą dominującą. Czy to dobrze czy źle? - wg mnie, w stosunku do tego co widać dzisiaj - dobrze. Bo wygląda mi na to, że tradycyjny film osiągnął już granice swych możliwości, a do tego został na tyle spętany układami biznesowo - politycznymi, że nie ma się co z tej strony spodziewać przełomu. Dlatego cieszę się z rozwoju tej formy ekspresji filmowej i życzę jej jeszcze więcej sukcesów.

Michał Dyszyński 07.03.2004

 

Pytanie o zbrodnie w Jedwabnem - czyli w zasadzie pytanie "o co"?

Przeczytałem w GW wyniki sondażu OBOP dotyczące słynnego mordu Żydów w Jedwabnem. Zadawano tam ludziom pytanie: "jak myślisz, jacy ludzie mordowali Żydów w Jedwabnem", lub "Kim byli ludzie, którzy mordowali Żydów w Jedwabnem?". Pytania zadawano losowej grupie respondentów.

Były z tego jakieś wyniki. Owszem. Ktoś coś tam potem napisał. 
Wszystko fajnie, tylko co z tych pytań, tak naprawdę, wynika?
- moim skromnym zdaniem te pytania badają wyłącznie "skuteczność polityki informacyjnej różnych ośrodków" oraz skłonność ludzi do wiary w to co dziennikarze mówią i piszą.
Bo przecież i tak jedynym źródłem informacji tych ludzi są media - nie przypuszczam aby chociaż jeden z respondentów wypowiadał się na wspomniany temat na podstawie jakichkolwiek własnych doświadczeń. I w związku z tym jedyną uczciwą odpowiedzią na pytanie powinno być: "nie wiem", "nie mam prawa się na ten temat wypowiadać" (a jeszcze lepiej inna jej forma w stylu: "spytajcie o to osoby mające dostęp do właściwych informacji"!)

A ciągnąc rzecz dalej uważam, że każdy człowiek, który nie był zaangażowany osobiście w ustalanie faktów na temat tamtych zdarzeń, odpowiadając o winnych "...Polacy, Niemcy..." czy kto tam jeszcze, daje tym wyraz wyłącznie swojej wiary mediom, skłonności do bycia manipulowanym, lub skłonności do nieuzasadnionej wiary w, takie czy inne, stereotypy (obojętnie w którą stronę z resztą).

Bo prawda o sprawie nie podlega głosowaniu. Jest stare przysłowie:

Dżentelmeni o faktach nie dyskutują!

Prawda jest jaka jest i koniec. Pytanie o to KTO dokonał zbrodni w Jedwabnem należy zadać WYŁĄCZNIE BEZSTRONNEMU SĘDZIEMU ŚLEDCZEMU PO ZAKOŃCZENIU PRZEZ NIEGO DOCHODZENIA.
A pytanie o to przypadkowych przechodniów nie ma sensu!

Równie dobrze można by "dowiadywać się" od ludzi o to co się śniło nad ranem Kowalskiemu, lub jaka jest masa centrum Galaktyki. 
Fakt ten rozumie około 20% procent badanych - tych, którzy szczerze i uczciwie odpowiedzieli "nie wiem". Pozostali odpowiadali nie na zadane pytanie, tylko ogłaszali swój stosunek wobec akcji mediów związanej ze zbrodnią Jedwabnem.

Szkoda natomiast, że osoby układające ankietę nie potrafiły zadać pytania tak, aby dało się na nie odpowiedzieć UCZCIWIE - czyli wyraźnie oddzielając warstwę pragnień, lęków, przynależności od warstwy faktów. Można było przecież sformułować pytania w stylu:  "czy wierzą w bezstronność sędziego?", "czy wyobrażają sobie, że zwykli ludzie, tacy jakich znają, byliby zdolni do zrobienia podobnej potworności itp..." lub "czy popierają, albo ganią takie to a takie postępowanie". Ale to byłyby już inne pytania, i inna para kaloszy...
13 grudnia 2002

 

"Przysługuje" - czyli tworzenie świata bez wdzięczności

Jednym z ważnych, a niedocenianych "zwyrodnień" dzisiejszej ludzkiej świadomości zbiorowej jest stworzenie automatycznych praw do dóbr, na które się nie zapracowało. Wielu ludziom wydaje się, że bez żadnych starań i jakiejkolwiek formy odpłaty z własnej strony "mają prawo" - do zasiłku, do renty, do opieki lekarskiej itp. Uważają, że mają to prawo samej zasadzie istnienia na tym świecie - "skoro inni mają, to ja też powinienem". A to, że inni na swoje dobra pracowali, wydaje się być znacznie mniej istotne.

Oczywiście ja też nie jestem zwolennikiem absolutnej likwidacji, socjalnych zdobyczy cywilizacji. W końcu nie należy żadnego człowieka zostawiać na pastwę losu i bez opieki. Jednak jestem przekonany, że automatyzm owych "praw" powoduje degradację postrzegania dobra przez ludzi i jest wysoce demoralizujący. Bo oto nagle w zasięgu świadomości prostych ludzi pojawia się wielki obszar rzeczy, na które wcale nie trzeba pracować, za które nikomu nie trzeba być wdzięcznym - one się należą jakby same z siebie - "jak psu zupa". A przecież nawet pies na swoją zupę musi się naszczekać...

I niestety, jak wykazuje moja obserwacja, ludzie nawet w miarę uczciwi, często nie mają skrupułów, aby po te dobra sięgać kiedy tylko się da - dzieci milionerów biorą stypendia, renty kombatanckie dostają osoby, które tym się zasłużyły w czasie wojny... że 50 lat po niej znalazły sobie "życzliwych im" świadków potwierdzających rzekome dokonania dla Ojczyzny. Podobnie, niewiele osób biorących zasiłek dla bezrobotnych myśli o konieczności zapracowania nań w przyszłości, czy o minimalnej choćby wdzięczności względem osób, które na co dzień muszą na ich pieniądze pracować. W świadomości większości osób biorących zasiłki "pieniądze daje Państwo", a Państwo po prostu "ma". A skoro "ma", to powinno dawać tym, którzy "nie mają" - kropka. Fakt, że pieniądze te wynikają z opodatkowania pracujących gdzieś osób jest daleki i mało przekonywujący, jako że osób tych pracujących nie widać. Z resztą "sami są sobie winni", skoro zamiast sobie sprytnie załatwić jakieś państwowe świadczenie, to pracują... Tak więc pracuje: szwaczka (zarabiając 600 - 800 zł), pielęgniarka (za podobną kwotę), szewc, robotnik itd. Wszyscy za swoją pracę dostaną mniej towarów i usług, tylko po to, aby ktoś mógł zostać obdarowany. A ów obdarowany ma ów fakt "gdzieś"... - jemu się należy, bo dało mu Państwo.

Tymczasem świat bez wdzięczności, bez świadomości daru i konieczności odpłaty jest światem upadku duchowego. Bo świadomość tego, że ktoś coś dla nas robi - jest podstawą wzrastania dobra w człowieku - dzięki temu czujemy, że inny człowiek coś dla nas znaczy, że się stara, że nie jest się pępkiem świata. Człowiek na odpowiednim poziomie etycznym nie boi się widzieć tego dobra, które ktoś dla niego coś zrobił - on cieszy się z sytuacji, w której dobro wzrasta i jest gotów odpłacać za to swoim dobrem, gotów nieść dobro dalej. Odpłacamy za trud rodziców, za darmowe (lub prawie darmowe) wykształcenie, za pomoc różnych dobrodziejów. Ta wdzięczność niezwykle ważnym i niezbywalnym elementem naszego człowieczeństwa. Tymczasem organizacja państwowa stworzyła świat dóbr, za które nikt nikomu nie jest wdzięczny, za które nie trzeba odpłacać. I niestety, wielu ludzi nie dorasta swoją świadomością do tego ofiarowywanego im za darmo dobra.

A tu coraz to kolejne rzesze "dobroczyńców" kombinują jak by tu ułatwić nieskrępowany dostęp do owoców cudzej pracy. To parlamentarzystom daje szanse wykazania się, że coś robią, że się "starają" dla ludzi. Bo fakt, że w ten sposób tworzona jest niesprawiedliwość i demoralizacja jest na tyle ukryty przed większością prostaczków, że będą oni popierali osoby, które w istocie niszczą więzi gospodarcze i społeczne.
W którymś z artykułów wyczytałem agitację jakiegoś dziennikarza, który optował za takim rozdawnictwem pieniędzy "potrzebującym", aby w ogóle nie musieli chodzić do urzędu. Dziennikarz mówił o "godnym" pobieraniu tych pieniędzy przez "uprawnione" osoby - nawet nie musieliby się pokazywać w żadnym urzędzie, składać zaświadczeń - będą mieli pieniądze i już.

Jakoś mało słyszę za to o godności ludzi, którzy harują na te rozdawane dobra - droga przez mękę związana z zakładaniem własnej firmy, niespójne przepisy podatkowe, powodujące że nawet najbardziej uczciwy podatnik może być puszczony z torbami, bo w jakiejś tam konfiguracji jeden przepis uchyla drugi, a potem trzeba, zapłacić jakiś podatek od każdej transakcji z ostatnich kilku lat (wraz z gigantyczną karą). Tu godność człowieka, który pracuje i daje coś innym liczy się jakoś słabo - większe przebicie ma godność brania dóbr wypracowanych przez innych.

Niestety - wiele wskazuje, że udział owych automatycznie przysługujących praw będzie się zwiększał.. Ludziom coraz więcej "się należy", bo gdzieś tam ktoś sobie wymyślił (w jak najbardziej szczytnym celu).
I nawet chętnie bym się z tym zgodził - w końcu przecież ogólnie lepiej by było, żeby ludzie "mieli więcej". Jednak niestety - ktoś musi to wypracować - nie wystarczy tylko "dać". Ale kto by się tam przejmował szkodliwymi elementami takiego "dobrodziejstwa"...
Mamy więc sytuacje idealną dla nierobów i naciągaczy - wystarczy być odpowiednio "oblatanym" w prawie, znaleźć sobie właściwe zaświadczenia i można żyć na cudzy koszt. Za to często  ludzie, którym naprawdę wsparcie by się należało, wstydzą się postępować w ten sposób; cwaniaczkom wstyd jest zazwyczaj obcy. I w ten sposób dokonuje się powolna erozja świadomości ludzkiej, erozja podstaw etycznego i gospodarczo - społecznego bytowania. Bo jednak na wszystko co mamy "za darmo" ktoś pracował, ktoś może nawet przypłacił to swoim zdrowiem (bo np. zapłacił podatek i nie mógł już wyjechać na leczenie chorób zawodowych). tylko, że ten fakt został przed ludźmi ukryty.
Taka "sprawiedliwość społeczna" jest w rzeczywistości niesprawiedliwością. Niestety, mało kto chce to dostrzec.

Czy popieram Leppera? - czyli smutna refleksja nad poziomem polskiego dziennikarstwa

W czasie sławetnych zawirowań wokół przewodniczącego Leppera odczytałem z jakiegoś serwisu prasowego wiadomość w tym stylu - "ponad połowa Polaków popiera Leppera!" Uważniejsza lektura wiadomości wyjaśniła, że powyższy wniosek został oparty na podstawach (a jakże!) naukowych. Oto grupie respondentów zadano pytanie w stylu: czy Andrzej Lepper ma rację?
I faktycznie - większość ludzi odpowiedziała, że ma rację. Mało tego - w owym czasie ja sam odpowiedziałbym (a wcale nie zaliczam się do zwolenników "Samoobrony"), że ma rację! Bo rzeczywiście w owym czasie Lepper powiedział, że z grubsza:

Polska jest rozkradana przez polityków - Racja!

Elity polityczne nie dbają o najuboższych - Racja!

Nie ma w Polsce sprawiedliwości - też racja.

Ogólnie więc Lepper ma rację, co wcale nie znaczy, że ktoś, kto mu w zakresie owych słów rację przyznaje, jest jego zwolennikiem. Bo starą zasadą demagogii jest powiedzieć dużo prawd oczywistych (dobrze mówi! - dać mu wódki!...) i jedną tą najwygodniejszą - nieoczywistą. A pan Lepper jest całkiem zręcznym demagogiem i nie mówi samych bzdur, aby można było mu zarzucić prostą nieprawdę. Mało tego - on głosi prawdy najbardziej nośne. A to, czy ktoś Pana Leppera popiera czy nie, nie zmienia faktu, że dalej są to prawdy.
Bo problem: "czy warto popierać Leppera" trzeba rozwiązać nie w oparciu o kwestię - ile to prawd on powiedział (prawd jest w końcu nieskończenie wiele i można je głosić dowolnie długo), tylko o to: "czy powierzyłbyś rządzenie tym krajem chłopskiemu anarchiście?".
A wtedy może okazałoby się, że wiele osób co przyznaje Andrzejowi Lepperowi rację, wcale nie jest jego zwolennikami.

Natomiast zasadniczym wnioskiem z całej tej historii jest świadomość stanu polskiego dziennikarstwa. Niestety, ale nasi kochani żurnaliści potrafią z oczywistych faktów wyciągać wnioski niesłychanie pokrętne i zgoła fantastyczne, jednocześnie nie umieją dostrzec ważnych konsekwencji opisywanych wydarzeń. Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju informację często dostarczają ludzie, którzy nie rozpoznają rzeczywistego sensu słów i zdarzeń, mylą przyczyny ze skutkami, sprawy ważne z drugoplanowymi. Niekiedy jest to głupota, a niekiedy też celowa manipulacja. A jak obserwuję tu "nie ma świętych" - mimo różnic w inteligencji i orientacji dziennikarzy różnych gazet i czasopism i z prawicy, i z lewicy - wszędzie pojawiają się przekłamania i nierzetelności, które niekiedy potrafią diametralnie zmienić sens opisywanych faktów.

Klan bawi i leczy

Zadziwiająca jest informacja o oddziaływaniu seriali na świadomość społeczeństwa - jak podało kilka polskich mediów - zachorowanie bohaterki klanu na raka piersi spowodowało wielki wzrost popytu na badania mammograficzne.
A ile kosztuje deklaracja najsympatyczniejszych bohaterów serialu, że w najbliższych wyborach głosowaliby na kandydatów partii xxx?...
(komentarz do wiadomości z 27 listopada 2001)

Talibowie refleksja nr 2

Wydaje mi się, że fakt ataku na World Trade Center  postawił świat w zupełnie nowym miejscu filozoficznie. Świat, a w szczególności religie. Bo do tej pory w każdej niemal religii (w katolickiej przecież także) poświęcenie życia było otoczone aureolą niepodważalnej świętości. Ktoś, kto kto godzi się na śmierć w imię idei jest wielki, wspaniały i kropka.
Tymczasem okazuje się, że można być ideowym zabójcą dzieci, można poświęcać swe życie tylko po to, aby "upokorzyć" jakąś ludzką wspólnotę. I zabić. Wnioski z tego płyną niebanalne, także w odniesieniu do katolików, a nie tylko muzułmanów.

po pierwsze - nie każde poświęcenie jest godne pochwały

po drugie - nie każde dobrowolne cierpienie jest z założenia dobre

po trzecie - nie wszystko co robimy z intencją "dla Boga" jest dobre

Te fakty jeszcze raz pokazują, że nie ma prawdziwej dobrej religii bez oparcia się na Miłości i Mądrości. Samo poświęcenie jest zapalnikiem, który może zdetonować bombę niszczącą ludzi. Dlatego dobro powstaje dopiero jako zintegrowanie w człowieku Miłości Prawdy, gdy to zaś nastąpi, ważna staje się gotowość do wysiłku i poświecenia. Jednak poświęcenie głupca wcale nie jest dobre - wręcz przeciwnie głupiec powinien siedzieć cicho i "mądrzeć", a nie działać; jak zmądrzeje - wtedy będzie mógł się "poświęcać". Przekroczenie tej zasady może zwekslować wiarę (religię) z obszarów drogi do Boga, na drogę w przeciwnym kierunku lub jałową stagnację.
(14 stycznia 2002)

Pytanie o zbrodnie w Jedwabnem - czyli w zasadzie pytanie "o co"?

Przeczytałem w GW wyniki sondażu OBOP dotyczące słynnego mordu Żydów w Jedwabnem. Zadawano tam ludziom pytanie: "jak myślisz, jacy ludzie mordowali Żydów w Jedwabnem", lub "Kim byli ludzie, którzy mordowali Żydów w Jedwabnem?". Pytania zadawano losowej grupie respondentów.

Były z tego jakieś wyniki. Owszem. Ktoś coś tam potem napisał. 
Wszystko fajnie, tylko co z tych pytań, tak naprawdę, wynika?
- moim skromnym zdaniem te pytania badają wyłącznie "skuteczność polityki informacyjnej różnych ośrodków" oraz skłonność ludzi do wiary w to co dziennikarze mówią i piszą.
Bo przecież i tak jedynym źródłem informacji tych ludzi są media - nie przypuszczam aby chociaż jeden z respondentów wypowiadał się na wspomniany temat na podstawie jakichkolwiek własnych doświadczeń. I w związku z tym jedyną uczciwą odpowiedzią na pytanie powinno być: "nie wiem", "nie mam prawa się na ten temat wypowiadać" (a jeszcze lepiej inna jej forma w stylu: "spytajcie o to osoby mające dostęp do właściwych informacji"!)

A ciągnąc rzecz dalej uważam, że każdy człowiek, który nie był zaangażowany osobiście w ustalanie faktów na temat tamtych zdarzeń, odpowiadając o winnych "...Polacy, Niemcy..." czy kto tam jeszcze, daje tym wyraz wyłącznie swojej wiary mediom, skłonności do bycia manipulowanym, lub skłonności do nieuzasadnionej wiary w, takie czy inne, stereotypy (obojętnie w którą stronę z resztą).

Bo prawda o sprawie nie podlega głosowaniu. Jest stare przysłowie:

Dżentelmeni o faktach nie dyskutują!

Prawda jest jaka jest i koniec. Pytanie o to KTO dokonał zbrodni w Jedwabnem należy zadać WYŁĄCZNIE BEZSTRONNEMU SĘDZIEMU ŚLEDCZEMU PO ZAKOŃCZENIU PRZEZ NIEGO DOCHODZENIA.
A pytanie o to przypadkowych przechodniów nie ma sensu!

Równie dobrze można by "dowiadywać się" od ludzi o to co się śniło nad ranem Kowalskiemu, lub jaka jest masa centrum Galaktyki. 
Fakt ten rozumie około 20% procent badanych - tych, którzy szczerze i uczciwie odpowiedzieli "nie wiem". Pozostali odpowiadali nie na zadane pytanie, tylko ogłaszali swój stosunek wobec akcji mediów związanej ze zbrodnią Jedwabnem.

Szkoda natomiast, że osoby układające ankietę nie potrafiły zadać pytania tak, aby dało się na nie odpowiedzieć UCZCIWIE - czyli wyraźnie oddzielając warstwę pragnień, lęków, przynależności od warstwy faktów. Można było przecież sformułować pytania w stylu:  "czy wierzą w bezstronność sędziego?", "czy wyobrażają sobie, że zwykli ludzie, tacy jakich znają, byliby zdolni do zrobienia podobnej potworności itp..." lub "czy popierają, albo ganią takie to a takie postępowanie". Ale to byłyby już inne pytania, i inna para kaloszy...
13 grudnia 2002

 

Wielkim problemem dzisiejszych czasów jest totalne zaśmiecenie przestrzeni informacyjnej.

Stało się ono tak dominujące i natrętne, że większość ludzi nie radzi sobie z porządkowaniem dochodzących wiadomości – szefowie firm nie wiedzą, czy mają do czynienia z poważnym kontrahentem, czy sprytnym naciągaczem, kupujący nie wie, czy „nowy, udoskonalony produkt” jest wart swojej ceny, trudno też uzyskać rzetelną informację nawet o samym sobie (bo z jednej strony interesowni pochlebcy będą twierdzić, że Twój nieudany wytwór jest super, a z drugiej strony ci co mają zapłacić za naszą pracę, będą starali się sztucznie zaniżyć jej wartość). Nie wiadomo już co jest, tak naprawdę, kupowanym towarem; rozdzielenie „ziarna od plew” wymaga znacznie większego wysiłku niż to kiedyś bywało. A przecież o ile prościej byłoby, gdyby słowa zaczęły być używane w celu przekazania rzetelnych informacji; ile czasu by się zaoszczędziło, pieniędzy, wysiłku. Dlatego na wagę złota są ludzie, którzy umieją rozpoznawać prawdę w tym ogłupiałym świecie, a jeszcze bardziej cenna staje się po prostu uczciwość. sobota, 23 czerwca 2001

 

]