Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |

 

O słuchaniu muzyki

czyli jak (nie) zostać audiofilem.

Spis treści

Wstęp
Czy przeciętny zjadacz muzycznego chleba potrafi usłyszeć różnicę między muzyką graną na sprzęcie za 1000 i za 10 000 zł?
Jak słucha muzyki audiofil?
Czy warto kupować drogi sprzęt do słuchania muzyki – przecież to tyle pieniędzy?

Wstęp

Postanowiłem napisać ten artykulik, aby wtrącić swoje 3 grosze do kwestii wartości sprzętu audio, wojny standardów zapisu oraz odbioru muzyki przez różnego autoramentu słuchaczy.

- Po co?
Bo ciągle słyszę rozmaite mniej lub bardziej autorytatywne wypowiedzi osób, które po pierwsze nigdy nie spróbowały, po drugie spróbować nie chcą, a po trzecie i tak nie wiedzą jak się do tego zabrać... Więc piszę – tak jak czuję, jak uważam, jak tego doświadczyłem i przekonałem się. 

 

Chciałbym zająć się m.in. odpowiedzią na takie pytania – problemy:

  1. czy przeciętny zjadacz „melomańskiego chleba” potrafi usłyszeć różnicę między dźwiękiem z wieży za 600 zł, a 6 tys. zł?
  2. co odróżnia słuchanie muzyki przez audiofila, a przeciętnego bywalca dyskoteki
  3. na co warto zwrócić uwagę przy zakupie sprzętu audio.
Najpierw może wypadałoby wyjaśnić:

dlaczego właśnie ja piszę ten artykuł?

– czy może uważam się za wybitnego znawcę sprzętu audio i muzyki w ogóle? – raczej tego bym nie powiedział.
Jednak wydaje mi się, że znam odpowiedź na wiele pytań związanych z kupowaniem i użytkowaniem sprzętu audio oraz słuchaniem muzyki – doradzałem w tym znajomym, czytałem to i owo. Faktem jest też, że osoby mnie znające w większości dość cenią sobie zdanie, które na ten temat reprezentuję - choć ja sam nie uważam się za jakoś wybitnie uzdolnionego do słuchania, a raczej różnię się tym, że sprawą się rzeczywiście zainteresowałem i popróbowałem – w końcu inni też by mogli, ale najczęściej „nie mają czasu”. Bo tak naprawdę to wystarczy „po prostu uważnie wysłuchać”, wypróbować jak grają różne płyty, różne wzmacniacze i różne odtwarzacze – reszta przyjdzie sama jako wynik.

Może więc najpierw rozważę problemy numer 1 i 2

Czy przeciętny zjadacz muzycznego chleba potrafi usłyszeć różnicę między muzyką graną na sprzęcie za 1000 i za
10 000 zł?

Czy nie jest czasem tak, że dowolna wieża markowa np. Philipsa za 1000 zł gra prawie tak samo dobrze?

- otóż nie gra tak samo dobrze! Twierdzę z całą odpowiedzialnością, że 99% zdrowych ludzi jest w stanie zauważyć wyraźną różnicę. Ta różnica to m.in.:

nie przesłanianie (maskowanie) jednych dźwięków (instrumentów) przez inne
bezproblemowe odtwarzanie głośnych fragmentów utworu
ale jednocześnie to także zdolność do czytelnego odtworzenia fragmentów cichych
bezproblemowe odtwarzanie dźwięków trudnych dynamicznie – np. perkusja, nisko schodzące basy, czy niuanse tonów wysokich
to umiejętność oddania tła sceny dźwiękowej, planów tej sceny - dobry sprzęt i dobra płyta pozwalają na określenie uchem ile metrów dzieliło saksofonistę od grającego nieopodal fortepianu...
i tak oczywiste elementy jak poziom szumów, czy innych zniekształceń dźwięku

Po czym poznać, czy aktualnie posiadany sprzęt spełnia pewne minimalne warunki słuchania muzyki?

Ja proponuję tutaj test, który nazywam "testem korektora graficznego". Jest on bardzo prosty. W większości zestawów do odtwarzania muzyki znajdują się regulatory do ustawiania barwy dźwięku - najczęściej umożliwiają one dodawanie i odejmowanie wysokich i niskich tonów. Jeśli zazwyczaj regulatory są ustawione na zero i wtedy muzyka brzmi dobrze, to mamy do czynienia z "przynajmniej jako tako" dobrym sprzętem. Jeśli zaś do do dobrego usłyszenia muzyki trzeba tymi regulatorami kręcić i coś dodawać, bądź ujmować, to warto byłoby wymienić przynajmniej jeden element zestawu - może kolumny, może wzmacniacz, może odtwarzacz, choć być może wszystko. Kto nie wierzy niech sam sprawdzi - to działa! - na dobrym sprzęcie wszystko świetnie słychać bez "dopalania" i każde przesunięcie regulatorów od zera, zazwyczaj tylko psuje muzykę.

Kolejny "test" nazwałbym "testem bardzo dobrego sprzętu" (tzw. sprzętu "high end"). Otóż bardzo dobry sprzęt poznaje się zazwyczaj po tym (oprócz oczywiście ceny...  :( ), że brzmi on tak... 
...zwyczajnie.
Wbrew pozorom, podczas pierwszego słuchania (szczególnie gdy słucha osoba mało audiofilsko wyrobiona) wydaje się, że tak "po prostu gra", niczym szczególnym się nie wybija. Ani basy nie dają wielkiego czadu, ani wysokie tony nie syczą jak szalone, muzyka brzmi, po prostu jak muzyka. Dopiero dłuższy kontakt z naprawdę dobrym sprzętem pokazuje, że jednak to jest "coś", że za ową niepozornością kryje się potęga doznań i że później nie chce się już słuchać czegoś gorszego. Wtedy dopiero namolnie dudniący bas wydaje się taki prostacki, dla plebsu, a masa wysokich tonów (podkręconych specjalnie przez producentów liczących na typowe gusta) nic nie wnosi do pełnego odbioru muzyki, tylko robi bałagan.

Jednak nawet wiedząc, że nasz sprzęt grający nie jest rewelacyjny i pewnie przydałoby się mieć coś lepszego, zadamy sobie pytanie:
czy opłaca się wydawać fortunę na zabawkę służącą tylko do słuchania muzyki?
W szczególności jeżeli komuś muzyka służy jako tło do codziennych zajęć, lub pomasowania wnętrzności na domowej imprezce, to raczej nie ma sensu aby interesował się drogim sprzętem audiofilskim. Bo to co jest kluczowe w tej sytuacji to kwestia jak (!) się słucha muzyki.

Faktem jest, że zaawansowany meloman, czy audiofil słucha zupełnie inaczej niż osoba zajęta czynnościami domowymi kiedy radio po prostu sobie gra.

Poza tym (co pewnie dla aduiofilów jest herezją, ale to jest fakt psychologicznie znany) muzyka odtwarzana w pełni swojej jakości może być bardziej męcząca (!!!).
Tak - podobnie jak oglądanie przez wiele godzin tekstu na monitorze czarno białym jest zazwyczaj mniej męczące niż w kolorach. Dlaczego? - to proste: dobra muzyka i dobry sprzęt do jej odtwarzania produkuje więcej informacji do przetworzenia przez mózg. A jeśli kogoś te zaawansowane informacje nie interesują, bo potrzebne jest mu tylko tło do codziennych zajęć, to będzie się tylko męczył, gdy jego komórki nerwowe zostaną zmuszone do zajmowania się niepotrzebnymi bodźcami.
Ja np. zrobiłem kiedyś taki test moim dzieciom (wiek ok. 10 lat) - skompresowałem jeden utwór muzyczny do formatu mp3 (a może wma - dokładnie nie pamiętam) i puszczałem go na przemian z oryginałem z CD. Pytanie brzmiało: która muzyka bardziej się wam podoba?
Z zaskoczeniem dowiedziałem się, że muzyka zubożona kompresją była przez moich chłopaków odbierana jako ładniejsza.
Bo faktycznie - muzyka skompresowana jest łatwiejsza w odbiorze - ma mniej trudnych dźwięków, jest bardziej stonowana. Więc jeśli ktoś ma małe ambicje muzyczne, jeśli nie zachwyca go pełne brzmienie instrumentów, to bez sensu jest, aby wydawał pieniądze na coś, co tylko popsuje mu odbiór muzyki. W szczególności nie ma sensu inwestowania w lepszy sprzęt w przypadku osoby , która już aktualnie zubaża swoje wrażenia odsłuchowe ustawiając oba regulatory barwy na minimum.
Dlatego rada jest jedna - przed zakupem sprzętu trzeba posłuchać, czy to jest rzeczywiście to, czego chcemy.

Jak słucha muzyki audiofil?

Po pierwsze np. relatywnie znacznie mniej uwagi zwraca na treść słów piosenek, a więcej na brzmienie głosu wokalisty.
wysłuchuje szczegóły barw brzmienia instrumentów.
stara się wychwycić uchem najrozmaitsze „smaczki” sceny dźwiękowej – ledwo słyszalne zafalowania trąbki, subtelne wtórowanie talerzy perkusji (takie których na „zwykłej” wieży w ogóle jest niesłyszalne).
dokładniej śledzi położenie instrumentów na scenie dźwiękowej, zachwyca się niuansami odbioru przestrzennego.
wczuwa się w wybrzmiewanie tonów (jak długo będzie jeszcze słychać dźwięk tego uderzonego talerza?...).
porównuje barwy różnych instrumentów (niekiedy samym uchem potrafi np. rozpoznać który skrzypek gra na „Stradivariusie”, a które na „Guadaninim”, czy „Guarnerim”).
słucha zazwyczaj ze znacznie większym zaangażowaniem - bo żeby to wszystko o czym napisałem wyżej dobrze wychwycić, potrzeba sporej koncentracji umysłu. Ale to jest właśnie cała frajda!
jednocześnie znacznie mniejsze znaczenie ma często w tym wszystkim sama główna linia melodyczna, tekst piosenki, czy fakt grania pobudzająco – rytmicznego.

 Ja osobiście byłem mocno zdziwiony, gdy po przejściu na słuchanie za pomocą lepszego sprzętu odkryłem w dość dobrze znanym mi wcześniej utworze rzeczy całkiem nowe - dodatkowe instrumenty, lepszą precyzję brzmienia tych wcześniej słyszanych, a nawet (wierzcie lub nie, ale takie odniosłem wrażenie) dało się usłyszeć wyraźne kiwanie się w lewo i prawo skrzypka wykonującego swoją partię w "Porach roku" Vivaldiego.

W sumie audiofilskie słuchanie to takie zagłębianie się w przestrzeń dźwiękową ze wszystkimi jej szczegółami, „smaczkami”, to precyzyjne rozróżnianie tego co na pierwszym planie, a co na drugim, czy trzecim, to „żeglowanie” po oceanie dźwięków i wrażeń. Tym jest właśnie zabawa audiofila – wirtualna podróż po przestrzeniach dźwięków i uczuć z nimi związanych – podróż zaproponowana nam przez artystów (w tym reżysera dźwięku!). Dobry artysta - muzyk przekazuje w swojej twórczości świadomie coś znacznie więcej niż tylko melodię (i ew. słowa). Czasami zawieszenie w ciszy jakiegoś dźwięku znamionuje namysł, refleksję, czasami ledwo słyszalne zafalowanie melodii przekazuje większy ładunek niepewności, czasami cisza wybrzmiewania dźwięków staje się w jakiś sposób znacząca, a nagły zgrzyt w wydobytego akordu krzyczy do nas o uwagę. Zagłębienie się w te niuanse, to odkrycie muzyki na nowo, to poznanie świata, w którym się jeszcze nie było...

A faktem niestety jest, że opisana zabawa ta jest niedostępna dla posiadaczy popularnego sprzętu audio. Wieża za 1000 zł odtworzy główną linię melodyczną, trochę barwy instrumentów, pozwoli zrozumieć tekst piosenki. Jednak wielkim zaskoczeniem dla większości mniej doświadczonych melomanów jest przesłuchanie dobrze znanej, ulubionej płyty na naprawdę dobrym sprzęcie – nagle okazuje się: że tu jeszcze jest jedna sekcja perkusji, że w tle ktoś po cichu wtóruje głównemu wokaliście, i w ogóle, że wszystko brzmi jakby inaczej: pełniej, soczyściej. To co napisałem w poprzednim zdaniu tyczy się jednak tylko dobrych wykonań. Bardzo często okazuje się, że pewne utwory tracą na zbyt dokładnym słuchaniu – precyzja sprzętu wysokiej jakości bezlitośnie obnaża niedoróbki - często, ni stąd ni zowąd, zauważymy że w rzeczywistości wokal jest z lekka przepity, gitarzysta gubi się w trudniejszych solówkach, a nie tak znowu rzadko da się zauważyć fałszowane nuty.

Drążmy jednak to pytanie zasadnicze:

Czy warto kupować drogi sprzęt do słuchania muzyki – przecież to tyle pieniędzy?

Oczywiście jeżeli ktoś rzeczywiście tych pieniędzy nie ma, to problem już jest rozwiązany – bo się bez nich sprzętu nie kupi (nie wspominam o "uczciwych inaczej"); choć przy małej „kasie” można się ratować sprzętem używanym. Jeśli nie lubi słuchać muzyki, to chyba też nie ma sensu, aby wydawał kasę na niepotrzebny w domu klamot (no... wyjątkiem są osoby o podejściu snobowania się, ale też proponowałbym bardziej zakupienie samej atrakcyjnej płyty czołowej...). Jednak wiele osób mówiących, że na droższy sprzęt „nie ma pieniędzy”, jeździ dobrym samochodem, odbywa wycieczki zagraniczne, kupuje drogie ubrania, czy też konsumuje spore ilości trunków i innych lepszych potraw. Uważa wydawanie pieniędzy na te luksusy za uzasadnione. I chyba większość z nas posiada jakiś obszar zainteresowań, który jest swego rodzaju luksusem. Muzyka może być jednym z nich i nic w tym dziwnego. 
A ci co się dziwią, że ktoś woli wydać pieniądze na wzmacniacz, a nie czadową imprezę karnawałową można powiedzieć tyle, że po prostu nie mają ochoty wydawać na muzykę, a pieniądze przeznaczają na inne cele. I pewnie dobrze, bo to jest właśnie wolność kupowania tego co się chce.

Ale czy audiofile nie są snobami? – pewnie część z nich jest, jednak twierdzenie, że prawie wszyscy słuchający muzyki na wyższym poziomie robią to przede wszystkim na pokaz, świadczy wyłącznie o braku rozeznania w sprawie.

Ja dla własnego użytku dzielę sprzęt audio na trzy główne grupy:

  1. sprzęt na którym słychać że grają - ceny sklepowe  - kilkadziesiąt, do kilkuset złotych. Trochę też da się usłyszeć na nim co grają, tzn. np. rozróżnić muzykę symfoniczną od popowej...
  2. sprzęt na którym słychać jak grają - zaczyna się gdzieś w granicach 1000 zł, choć jest przy tej dolnej granicy jest to dość marne "jak". Faktem jest, że da się już usłyszeć pewną różnicę między dobrą, a słabą orkiestrą.
  3. sprzęt na którym, oprócz tego co  i jak grają, można się dowiedzieć na czym grają, jak się ustawili w przestrzeni, jaką mieli ochotę do grania i śpiewania i wiele innych ciekawych rzeczy. Niestety, sprzęt do takiego wysłuchiwania kupuje się za przynajmniej kilka (lepiej kilkanaście) tysięcy złotych.

A jeśli nie ma kasy, a chciałoby się dobrze posłuchać muzyki?

Ja proponowałbym nabycie lepszego taniego zestawu wieżowego (nawet najwyższej klasy "jamnika" z CD-playerem) i koniecznie dobrych słuchawek. W "miarę dobre" słuchawki zaczynają się przynajmniej od 200 zł, "dobre" kosztują ok. 600 zł, a rzeczywiście dobre przynajmniej ok. 1000 zł. Jednak można zacząć od w miarę dobrych co spowoduje, że da się na nich usłyszeć muzykę, za którą trzeba by zapłacić w "modelu głośnikowym" gdzieś ze trzy razy drożej (myślę tu o porównywaniu pełnych zestawów: CD player + wzmacniacz +  kolumny). Ja osobiście, używam słuchawek firmy Koss (z klasy "w miarę dobrej" czyli za ok. 200 zł); "lubią" one basy (co jest raz wadą, raz zaletą...) i dość "chętnie" grają. Faktem jest, że nie są tak kulturalne i precyzyjne jak sprzęt lepszej klasy, dlatego aktualnie marzę przynajmniej o "Senheiserach" począwszy od modelu 690. Za to moje Koss-y mają tę zaletę, że są to słuchawki zawieszane na uszach - bardzo lekkie i wygodne, nie uciskające i nie "pocące" skóry (to w przypadku słuchawek jest naprawdę ważne, bo nawet lekki ucisk uszu po dwóch godzinach nieprzerwanego znoszenia go, staje się torturą...).

 

Fizykon.org - strona główna   | O witrynie |O autorze witryny | kontakt z autorem |